No i stało się. Po latach podchodów, plotek i kolejnych „Zidane jest gotowy na reprezentację” Zinedine Zidane został selekcjonerem Francji. FFF dała mu umowę aż do mundialu w 2030 roku. Czyli nie żaden projekt na przeczekanie, tylko cztery lata z konkretnym obowiązkiem: ta kadra ma znowu wygrywać.
Zidane wraca do trenerki po ponad pięciu latach. Ostatni raz prowadził Real Madryt w maju 2021 roku i od tamtej pory konsekwentnie odrzucał kolejne możliwości powrotu na ławkę. Trudno było uwierzyć, że facet z takim CV zwyczajnie zapomniał numeru do agenta. On czekał właśnie na Francję.
Dostaje reprezentację napakowaną talentem, ale jednocześnie przejmuje ją po Didierze Deschampsie, który siedział na tym stanowisku przez 14 lat. Wygrał mundial, doszedł do kolejnego finału, zgarnął Ligę Narodów. Można było narzekać na jego futbol, można było czasami przysnąć przy budowaniu akcji, ale wyników nikt mu nie zabierze.
Tyle że Zizou też nie jest człowiekiem znalezionym na LinkedInie pięć minut przed konferencją prasową. Z Realem zrobił rzecz absurdalną: wygrał trzy Ligi Mistrzów z rzędu. W erze, w której trenerzy największych klubów potrafią wylecieć po jednym słabszym kwartale, to osiągnięcie nadal wygląda jak jakiś błąd w Matrixie.
Teraz zaczyna się jednak zupełnie inna robota. W klubie masz piłkarzy codziennie. W reprezentacji dostajesz kilka treningów, dwa mecze i do widzenia.
Debiut Zidane’a ma nastąpić 25 września przeciwko Turcji w Lidze Narodów. Chwilę później Francuzi podejmą Włochów.
