Jeszcze kilkanaście miesięcy temu Marc Casadó wyglądał jak kolejny dowód na to, że La Masia potrafi wyciągnąć piłkarza z kapelusza dokładnie wtedy, gdy pierwsza drużyna go potrzebuje.
Hansi Flick dał mu minuty, Hiszpan wszedł bez kompleksów, harował w pressingu, porządkował środek pola i doczekał się nawet powołania do reprezentacji. Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Barcelona jest gotowa go sprzedać, ale chce około 40 milionów euro. I wbrew pozorom nie jest to liczba wzięta z sufitu.
Casadó ma 22 lata, kontrakt do 2028 roku i za sobą już konkretny staż w pierwszej drużynie. W sezonie 2025/26 zaliczył 34 oficjalne występy, ale uzbierał tylko 1396 minut. Rok wcześniej było to 2185 minut w 33 meczach. To właśnie tutaj leży problem.
Flick najwyraźniej nie widzi w nim zawodnika, wokół którego trzeba układać środek pola. Barça ma Pedriego, Gaviego, Fermína, Marca Bernala, a po powrocie do zdrowia dochodzi jeszcze Frenkie de Jong.
Według katalońskich doniesień trener dał zielone światło na wysłuchiwanie ofert za Casadó. Sprzedaż wychowanka to dla Barcelony niemal czysty zysk, więc 40 milionów za zawodnika spoza podstawowej jedenastki wygląda bardzo kusząco. Tym bardziej że niższa propozycja miała już zostać odrzucona.
Chętnych brakować nie powinno. Wcześniej przewijały się Milan, Beşiktaş i kluby z Arabii Saudyjskiej, a przyszłością pomocnika zajmuje się Jorge Mendes. Tyle że sportowo ta sprzedaż może jeszcze Barcelonę zaboleć.
Casadó nie jest wirtuozem, ale daje intensywność, dyscyplinę i rozumienie gry, którego nie kupuje się automatycznie za 40 milionów. Barça może zrobić świetny biznes.
Może też za dwa lata patrzeć na własnego wychowanka w innym klubie i zastanawiać się, czy nie sprzedała go o jeden sezon za wcześnie.
