Stan na 20 sierpnia 2026 roku.
Latem 2018 roku rosyjski futbol wyglądał jak projekt, któremu właśnie wręczono wszystkie narzędzia potrzebne do wejścia na jeszcze wyższy poziom. Mundial udał się organizacyjnie, stadiony były pełne, reprezentacja dotarła do ćwierćfinału, a największe kluby dysponowały budżetami, przy których większość Europy Środkowej wyglądała jak futbol z zupełnie innej półki finansowej. Nie chodziło przy tym wyłącznie o pieniądze Gazpromu czy państwowych spółek. Rosjanie naprawdę mieli wtedy sportową pozycję w Europie.
Po sezonie 2017/18 Rosja zajmowała szóste miejsce w rankingu krajowym UEFA. Szóste, czyli przed Portugalią, Belgią, Holandią czy Austrią. Taka pozycja pozwalała wystawić trzy drużyny w Lidze Mistrzów, z czego dwie wchodziły bezpośrednio do głównej części rozgrywek. Jeszcze kilka lat wcześniej taki status byłby dla rosyjskiego futbolu spełnieniem ambicji, a po mundialu wyglądał raczej jak fundament pod dalszy rozwój.
Były też pieniądze. W samym 2018 roku rosyjskie kluby otrzymały od UEFA 97 milionów euro, a największy kawałek tego tortu przypadł CSKA Moskwa. Nie były to więc czasy, w których rosyjski mistrz zaczynał lato od zastanawiania się, czy uda się przejść rywala z Armenii albo Islandii. Rosyjskie kluby regularnie trafiały na Real Madryt, Bayern, Manchester United, Chelsea czy Arsenal i nawet jeśli najczęściej nie należały do europejskiej elity, stanowiły normalną część jej otoczenia.
Dzisiaj mistrz Rosji nie zastanawia się, kogo wylosuje w Lidze Mistrzów, ponieważ wie, że nie wylosuje nikogo.
Po rozpoczęciu pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę FIFA i UEFA 28 lutego 2022 roku zawiesiły rosyjskie reprezentacje oraz kluby we wszystkich swoich rozgrywkach. Minęły ponad cztery lata i sytuacja się nie zmieniła. Także w sezonie 2026/27 rosyjskich drużyn nie ma na liście uczestników europejskich pucharów, a UEFA nadal zaznacza, że zawieszenie obowiązuje do odwołania.
Można byłoby więc opowiedzieć tę historię w bardzo prosty sposób: Rosja rozpoczęła wojnę, europejski futbol zamknął przed nią drzwi, sponsorzy uciekli, pieniądze zniknęły i liga zaczęła umierać. Problem polega na tym, że taka opowieść jest wygodna, ale nie odpowiada temu, co naprawdę wydarzyło się w rosyjskiej piłce.
Bo rosyjski futbol nie zbankrutował.
W 2025 roku kluby rosyjskiej Premier Ligi wykazały łącznie 119,74 miliarda rubli przychodów, pozostałych dochodów i celowych wpływów. Rok wcześniej było to niespełna 101 miliardów, więc wzrost wyniósł około 19 procent. Sam Zenit Petersburg osiągnął niemal 25 miliardów rubli. To nie jest obraz ligi, która po odłączeniu od europejskiego systemu finansowego została zmuszona do sprzedawania krzeseł z klubowych gabinetów.
Jeszcze ciekawiej wygląda rynek transferowy. W 2025 roku rosyjskie kluby wydały na międzynarodowe transfery 243 miliony dolarów, co dawało Rosji dziewiąte miejsce w Europie. Więcej płaciły tylko kraje posiadające ligi takie jak Premier League, Bundesliga, Serie A, Ligue 1, La Liga, Süper Lig, liga portugalska i holenderska. Innymi słowy: kraju od ponad czterech lat nie ma w Champions League, a jego kluby nadal kupują tak, jakby należały do szerokiego europejskiego zaplecza finansowego.
Rosja nie została bez pieniędzy. Została bez rynku, na którym te pieniądze miały znaczenie.
Jak rosyjska piłka wypadła z europejskiego obiegu
2018: mundial w Rosji, ćwierćfinał reprezentacji i 6. miejsce kraju w rankingu UEFA
2021: ostatni oficjalny mecz reprezentacji Rosji o punkty
24.02.2022: rozpoczęcie pełnoskalowej inwazji na Ukrainę
28.02.2022: FIFA i UEFA zawieszają rosyjskie kluby oraz reprezentacje
2022–2026: rosyjskie kluby pozostają poza europejskimi pucharami
2026/27: kolejny sezon bez rosyjskich drużyn w rozgrywkach UEFA
Rosyjski futbol słabł jeszcze przed wojną. Nie ma sensu tego ukrywać
Jeżeli chcemy policzyć, ile rosyjska piłka rzeczywiście straciła po 2022 roku, najpierw trzeba wyrzucić do kosza najłatwiejszą narrację. Nie można wziąć szóstego miejsca w rankingu UEFA z 2018 roku, porównać go z obecną pozycją Rosji i całej różnicy przypisać wykluczeniu.
Rosyjski futbol zaczął tracić grunt wcześniej. W ostatnich sezonach przed zawieszeniem wyniki rosyjskich klubów w Europie były coraz słabsze. Dawna przewaga nad Holandią czy Portugalią zniknęła, a Rosja zaczęła zsuwać się w okolice dziesiątego miejsca.
Była to konsekwencja zwyczajnego sportowego regresu: słabszych kampanii, nieudanych transferów, problemów z wychowywaniem zawodników i coraz większej przepaści między pieniędzmi wydawanymi przez kluby a tym, co te pieniądze dawały na europejskim boisku.
To rozróżnienie jest istotne, bo pozwala uniknąć propagandowego uproszczenia z obu stron. Nie wszystko, co złego wydarzyło się w rosyjskim futbolu w ostatniej dekadzie, jest skutkiem sankcji. Jednocześnie od lutego 2022 roku normalny sportowy regres został zastąpiony czymś znacznie bardziej dotkliwym: Rosja przestała mieć możliwość samodzielnego odrabiania strat.
Jeśli Holendrzy mają dwa fatalne sezony, mogą później zrobić kapitalną kampanię Ajaxem, Feyenoordem i PSV, zdobyć punkty i odbudować miejsce w rankingu. Jeśli Czechom wystrzelą Sparta, Slavia i Viktoria Pilzno, ich pozycja rośnie. Polska też przez lata oglądała Europę z daleka, a potem dzięki wynikom Rakowa, Legii, Lecha czy Jagiellonii zaczęła przesuwać się w górę.
Rosja tej możliwości nie ma. UEFA przyznaje jej regulaminowe minimum współczynnika, wynikające z zasad wprowadzonych po zawieszeniu. W praktyce pozostali biegną, a Rosjanie stoją w miejscu.
Dlatego ewentualny powrót nie będzie przypominał włączenia światła po krótkiej awarii. Nawet gdyby UEFA jutro uznała, że rosyjskie kluby mogą ponownie uczestniczyć w rozgrywkach, Zenit czy Krasnodar nie wrócą do rzeczywistości, w której dwa rosyjskie zespoły wchodziły bezpośrednio do Ligi Mistrzów. Sportowa pozycja została przez lata wypłukana i trzeba byłoby ją odbudowywać od znacznie niższego poziomu.
Pierwszy rachunek jest prosty: UEFA nie przelewa już dziesiątek milionów
Najłatwiej policzyć pieniądze, które rosyjskie kluby zarabiały bezpośrednio dzięki uczestnictwu w europejskich pucharach.
W 2018 roku było to wspomniane 97 milionów euro. To oczywiście wyjątkowo dobry punkt odniesienia, dlatego nie należy mnożyć go bezmyślnie przez liczbę sezonów i ogłaszać, że właśnie znaleźliśmy ostateczny rachunek wojny. Można jednak potraktować historyczne wypłaty jako skalę biznesu, którego rosyjskie kluby zostały pozbawione.
Gdyby rosyjski futbol utrzymał zdolność generowania z UEFA kilkudziesięciu milionów euro rocznie, cztery zakończone sezony bez Europy oznaczają już utracone możliwości liczone w setkach milionów euro. Przy prostym przedziale 68–97 milionów euro rocznie, odpowiadającym poziomowi wypłat osiąganemu przez rosyjskie kluby przed izolacją, dla czterech pełnych kampanii otrzymujemy około 272–388 milionów euro. Po doliczeniu sezonu 2026/27 górna granica takiego modelu zbliża się do pół miliarda.
Ile rosyjskie kluby mogły stracić na samych wypłatach UEFA?
| Okres bez europejskich pucharów | Wariant ostrożny: 68 mln euro rocznie | Wariant wysoki: 97 mln euro rocznie |
|---|---|---|
| 2022/23 | 68 mln euro | 97 mln euro |
| 2023/24 | 68 mln euro | 97 mln euro |
| 2024/25 | 68 mln euro | 97 mln euro |
| 2025/26 | 68 mln euro | 97 mln euro |
| 4 pełne sezony | 272 mln euro | 388 mln euro |
| 2026/27 | +68 mln euro | +97 mln euro |
| Łącznie z sezonem 2026/27 | 340 mln euro | 485 mln euro |
To nie jest rzeczywista suma utraconych przychodów, lecz model pokazujący skalę na podstawie historycznych wpływów rosyjskich klubów z UEFA. Faktyczne zarobki zależałyby od wyników sportowych i kwalifikacji do poszczególnych rozgrywek.
Trzeba tutaj bardzo wyraźnie postawić granicę: to nie jest kwota, którą Rosja na pewno by zarobiła. Nikt nie wie, czy Zenit regularnie awansowałby do Champions League, czy Spartak odpadałby w kwalifikacjach, ani jak rosyjskie zespoły radziłyby sobie w nowych formatach rozgrywek. Mówimy o skali utraconej możliwości, nie o fakturze, którą można położyć na biurku Aleksandra Diukowa.
Problem w tym, że premie UEFA są dopiero początkiem rachunku. Europejski wieczór oznacza bilety, loże biznesowe, catering, dodatkowe ekspozycje reklamowe, premie sponsorskie i większą wartość praw medialnych. Oznacza również rzecz mniej namacalną, ale dla dużego klubu nieporównywalnie ważniejszą: międzynarodową obecność.
Zenit grający w Lidze Mistrzów był produktem oglądanym poza Rosją. Jego zawodników obserwowali skauci z największych lig, sponsor pojawiał się na ekranie w Hiszpanii, Niemczech czy Wielkiej Brytanii, a stadion w Petersburgu stawał się kilka razy w roku częścią najważniejszego klubowego widowiska świata. Dzisiaj Zenit nadal może mieć ogromny budżet i świetny stadion, ale jego sportowy produkt kończy się przede wszystkim na rynku krajowym.

Zenit Petersburg – Chelsea w Lidze Mistrzów, grudzień 2021. Kilka miesięcy później rosyjskie kluby zostały wykluczone z europejskich pucharów. Fot. Voltmetro / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0.
Nieprzypadkowo 28 lutego 2022 roku UEFA zakończyła także wieloletnią współpracę z Gazpromem, obejmującą między innymi Ligę Mistrzów oraz rozgrywki reprezentacyjne. Rosyjski kapitał przestał być więc widoczny nie tylko poprzez kluby, lecz także poprzez jedną z najbardziej rozpoznawalnych umów sponsorskich europejskiego futbolu.
I tutaj dochodzimy do czegoś, czego nie da się uczciwie wycenić: Rosja straciła futbol jako międzynarodową witrynę.
Pierwszy cios był bardzo mocny. Potem znaleziono sposób, żeby system zasypać pieniędzmi
Bezpośrednio po rozpoczęciu wojny sytuacja wyglądała znacznie poważniej niż dziś.
W sezonie 2021/22 dochody Rosyjskiego Związku Piłki Nożnej spadły o 29 procent, z 9,5 do 6,8 miliarda rubli. Federacja wskazywała między innymi na mniejsze wpływy z nagród FIFA i UEFA oraz odpływ sponsorów. Adidas zakończył współpracę po czternastu latach, a rosyjski futbol stracił także rekordowy kontrakt z bukmacherem Liga Stavok, który według rosyjskich mediów miał przynieść około 15 miliardów rubli w ciągu czterech lat.
W tamtym momencie naprawdę można było zakładać, że brak europejskich pucharów i zachodnich partnerów zacznie stopniowo wysuszać cały system.
Tak się jednak nie stało, ponieważ rosyjska piłka zaczęła zastępować strumienie zewnętrzne pieniędzmi wewnętrznymi. Zagraniczne marki zostały wyparte przez rosyjskich sponsorów, wzrosło znaczenie krajowych partnerów, a coraz większą rolę zaczął odgrywać biznes bukmacherski. W efekcie po początkowym szoku finansowym system ustabilizował się na tyle, że największe kluby znów mogły działać z rozmachem.
To jedna z najważniejszych rzeczy, które trzeba zrozumieć, analizując rosyjski futbol po 2022 roku. Sankcje okazały się skuteczne w wyłączeniu Rosji ze sportowego ekosystemu Europy, ale nie pozbawiły jej wewnętrznych źródeł finansowania. Dopóki Zenit może liczyć na swoich właścicieli, inne wielkie kluby na krajowych sponsorów, a cały futbol na ogromny rynek reklamowy i bukmacherski, liga nie musi ekonomicznie umrzeć tylko dlatego, że nie gra w Lidze Mistrzów.
Można więc zastąpić europejskie euro rosyjskim rublem. Znacznie trudniej zastąpić nim mecz z Bayernem.
Rynek transferowy pokazuje cały paradoks rosyjskiej izolacji
Wiosną 2022 roku wyglądało na to, że RPL może zostać błyskawicznie wydrenowana z zagranicznej jakości. FIFA umożliwiła obcokrajowcom występującym w Rosji czasowe zawieszanie kontraktów i już na początku kwietnia z tej możliwości skorzystało około 40 zawodników. Szczególnie spektakularnie wyglądała sytuacja Krasnodaru, którego zagraniczni piłkarze właściwie w komplecie opuścili klub lub zawiesili swoje umowy.
Kilka lat później sytuacja jest niemal odwrotna. Rosyjskie kluby ponownie sprowadzają piłkarzy z Ameryki Południowej, Afryki i innych rynków, płacąc za nich kwoty nieosiągalne dla ogromnej części lig europejskich. W 2025 roku RPL i pozostałe rosyjskie rozgrywki wydały na zagraniczne transfery 243 miliony dolarów, natomiast sprzedaż piłkarzy za granicę przyniosła około 115 milionów dolarów. Rosja kupowała więc jak dziewiąty rynek Europy, ale pod względem pieniędzy ze sprzedaży znajdowała się dopiero w drugiej dziesiątce.
Sam ujemny bilans transferowy nie jest oczywiście dowodem na kryzys. Najbogatsze kluby świata od dekad wydają więcej, niż zarabiają na transferach. W Rosji interesująca jest dysproporcja między zdolnością kupowania a zdolnością budowania wartości, którą później można sprzedać na najbogatsze rynki.
Liga nadal potrafi sprowadzić dobrego Brazylijczyka, bo może zaoferować mu świetne pieniądze. Nie może jednak zaoferować mu Ligi Mistrzów, Ligi Europy ani choćby Ligi Konferencji. Nie może obiecać, że jeśli piłkarz zrobi dobry sezon, jesienią zobaczy go pół Europy w meczu przeciwko Milanowi albo Borussii Dortmund.
Żeby zrekompensować ten brak, Rosjanie muszą coraz częściej używać argumentu, który pozostał im najmocniejszy: pieniędzy.
I nie jest to wyłącznie interpretacja z zewnątrz. W rosyjskiej prasie mówią o tym sami ludzie rynku. Agent Aleksiej Safonow szacował, że przy części transferów kluby RPL są zmuszone przepłacać 30–40 procent, ponieważ wielu zagranicznych piłkarzy nie traktuje dziś Rosji jako naturalnego kierunku kariery. Były dyrektor sportowy Roman Oreszczuk oceniał nawet, że w niektórych przypadkach różnica może być większa.
To jest jeden z najbardziej namacalnych kosztów izolacji. Nazwijmy go podatkiem od Rosji.
Jeżeli francuski, portugalski i rosyjski klub interesują się tym samym zawodnikiem, dwa pierwsze mogą zaoferować nie tylko pensję, lecz także obecność w europejskim systemie. Rosjanin musi tę różnicę czymś zasypać, a zazwyczaj zasypuje ją zerami na kontrakcie.
Europa nie zabroniła kupować Rosjan
Łatwo byłoby napisać, że europejski rynek został dla rosyjskich piłkarzy całkowicie zamknięty. Tak jednak nie jest, a dobrym przykładem pozostaje Matwiej Safonow, który z Krasnodaru trafił do Paris Saint-Germain. Rosyjski zawodnik może zostać kupiony przez wielki zachodni klub, jeśli ten uzna, że jego jakość uzasadnia transfer.
Problem polega nie na formalnym zakazie, ale na coraz gorszym punkcie odniesienia.
Weźmy 21-letniego skrzydłowego, który zaczyna dominować w RPL. Dziesięć lat temu skaut z Bundesligi mógł obejrzeć go w lidze, a kilka tygodni później zobaczyć, jak wygląda przeciwko obrońcy Sevilli czy Napoli. Mógł zestawić tempo, fizyczność i podejmowanie decyzji z poziomem, który znał.
Dzisiaj dostaje głównie materiał z rosyjskiego podwórka. Może zobaczyć, że chłopak jest szybszy od bocznego obrońcy Krylii Sowietow. Może policzyć gole, asysty, udane dryblingi i progresywne podania. Nadal jednak pozostaje pytanie, którego statystyka nie rozwiąże: jak ten piłkarz zachowałby się przeciwko zespołowi, który gra o dwie sekundy szybciej?
Większa niepewność oznacza większe ryzyko. Większe ryzyko oznacza ostrożniejszą ofertę.
Dlatego rosyjska izolacja może zjadać wartość zawodników nawet wtedy, gdy nie widać tego w tabeli przychodów klubów. RPL funkcjonuje, transfery się odbywają, kontrakty są podpisywane, tylko droga pomiędzy dobrym sezonem w Rosji a wielkim transferem do zachodniej Europy stała się dłuższa i mniej przewidywalna.
A teraz reprezentacja. Tutaj pieniądze zaczynają mieć coraz mniejsze znaczenie
14 listopada 2021 roku Rosja przegrała w Splicie z Chorwacją 0:1. Samobójczego gola strzelił Fiodor Kudriaszow, a reprezentacja prowadzona przez Walerija Karpina zajęła drugie miejsce w grupie eliminacyjnej mistrzostw świata. Miała jeszcze jedną szansę – baraże. Nigdy ich nie rozegrała.
Później ominęły ją eliminacje EURO 2024, kolejne oficjalne rozgrywki UEFA oraz kwalifikacje do mistrzostw świata 2026. Od prawie pięciu lat rosyjska reprezentacja funkcjonuje więc w zupełnie osobliwej rzeczywistości, w której można rozgrywać mecze międzynarodowe, zdobywać gole i przesuwać się w rankingu FIFA, ale nie można zagrać spotkania, które naprawdę decyduje o czymkolwiek.

Rosja – Chorwacja podczas ćwierćfinału mundialu w 2018 roku. Rosjanie byli wówczas o jeden mecz od strefy medalowej mistrzostw świata. Fot. Alexander Veprev / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0.
Co ciekawe, z samego rankingu nie wynika obraz katastrofy. W czerwcu 2026 roku Rosja awansowała nawet na 35. miejsce FIFA. Wynik wygląda przyzwoicie i właśnie dlatego tak dobrze pokazuje ograniczenia takich zestawień. Rosjanie mogą zbierać punkty w sparingach, mogą wygrywać z rywalami z innych konfederacji i formalnie utrzymywać miejsce w szeroko rozumianej światowej czołówce, ale nadal nie znamy odpowiedzi na banalne pytanie: jak mocna jest dziś naprawdę reprezentacja Rosji?
Być może spokojnie awansowałaby na mistrzostwa Europy. Być może walczyłaby o wyjście z grupy mundialu. Być może po zderzeniu z Francją, Hiszpanią czy Chorwacją okazałoby się, że lata izolacji zrobiły swoje i zespół jest znacznie słabszy, niż sugerują wyniki towarzyskie. Nie wiemy tego my. Nie wiedzą tego również Rosjanie.
I właśnie w tym momencie zaczynamy dochodzić do strat, których nie da się już zamienić na euro albo ruble. Pieniądze mogą sfinansować zgrupowanie, wynająć stadion, opłacić przelot rywala i zorganizować mecz towarzyski. Nie są jednak w stanie stworzyć sytuacji, w której porażka oznacza odpadnięcie z mundialu, a zwycięstwo daje awans na EURO. Presji eliminacyjnego meczu nie da się kupić.
Najdroższy rachunek dostaniemy dopiero za kilka lat
Jeszcze poważniejsza może być sytuacja w futbolu młodzieżowym. Zawodnik urodzony w 2007 roku miał w lutym 2022 roku czternaście lub piętnaście lat. Dzisiaj jest pełnoletnim piłkarzem, który zaczyna wchodzić do seniorskiego futbolu. Niemal cały najważniejszy okres jego rozwoju przypadł więc na moment, w którym rosyjskie drużyny młodzieżowe zostały odcięte od normalnego systemu międzynarodowej rywalizacji.
Oczywiście można trenować. Można mieć świetną akademię, doskonałych trenerów, najnowocześniejszą bazę i setki godzin materiałów wideo. Można organizować mecze z dostępnymi zagranicznymi rywalami. Tyle że rozwój piłkarza nie odbywa się wyłącznie na treningu, a jednym z jego najważniejszych elementów jest regularne sprawdzanie się przeciwko zawodnikom o innym stylu, tempie i poziomie wyszkolenia.
Mecz rosyjskiej drużyny U-17 z najlepszymi rówieśnikami z Francji czy Portugalii ma wartość, której nie odtworzy kolejna kolejka krajowej ligi juniorskiej. Na takim turnieju piłkarz dowiaduje się czasem w dziewięćdziesiąt minut więcej o swoich brakach niż podczas trzech miesięcy dominowania nad słabszymi przeciwnikami.
Najgorsze z punktu widzenia rosyjskiego futbolu jest to, że skutków nie zobaczymy od razu. Dzisiejszy Zenit nadal może kupić zagranicznego pomocnika i zamaskować słabszy rocznik własnej akademii. Reprezentacja nadal ma piłkarzy wychowanych jeszcze w normalnym systemie. Dopiero około 2029 czy 2030 roku będzie można uczciwiej ocenić, czy pojawiła się luka pokoleniowa.
Być może wtedy okaże się, że największą ceną wojny nie były przelewy UEFA, lecz mecze, których młodzi zawodnicy nigdy nie rozegrali.
Rosja stworzyła sobie futbol zastępczy. I zrobiła to całkiem skutecznie
To być może najbardziej interesujący element całej historii, bo rosyjski futbol po wykluczeniu nie zamknął się w szatni i nie czekał, aż ktoś zmieni decyzję. Zamiast tego zaczął budować system pozwalający możliwie długo funkcjonować bez Europy.
Rozbudowano znaczenie krajowych rozgrywek, reprezentacja zaczęła organizować większą liczbę spotkań towarzyskich, znaleziono nowych partnerów, a kluby wróciły do kosztownych transferów. Z zewnątrz wszystko wygląda więc zaskakująco normalnie. Jest mistrz kraju, jest walka o puchary, są derby, trenerzy tracą pracę, kibice kłócą się o sędziów, prezesi wydają miliony, a media zastanawiają się, czy kolejny Brazylijczyk jest wart swojej pensji.
Brakuje tylko jednego elementu, bez którego futbol staje się trochę zamkniętym eksperymentem.
Brakuje zewnętrznego sprawdzianu.
Zenit może być najlepszą drużyną Rosji, ale nie ma pojęcia, jak daleko znajduje się od najlepszej drużyny Belgii. Krasnodar może rozegrać fantastyczny sezon, lecz nikt nie sprawdzi, czy jego pomysł na futbol wytrzyma dwumecz z ekipą z La Liga. Napastnik może strzelić dwadzieścia pięć goli, ale przez cały rok nie spotka stoperów grających regularnie na poziomie Champions League.
W normalnym futbolu odpowiedź przychodzi sama. Można przez całe lato przekonywać, że liga zrobiła ogromny postęp, a później wystarczy jeden sierpniowy wieczór w europejskich eliminacjach i nagle okazuje się, gdzie naprawdę jesteśmy. Rosja od kilku lat takiego wieczoru nie ma.
Największy paradoks? Można stawać się bogatszym i jednocześnie coraz mniej znaczyć
W tym miejscu najlepiej widać, dlaczego ocenianie rosyjskiej piłki wyłącznie przez pryzmat finansów prowadzi na manowce.
Jeśli przychody klubów rosną, a wydatki transferowe plasują Rosję w europejskiej czołówce, ktoś może uznać, że sankcje właściwie nie zadziałały. Futbol działa, kibice chodzą na stadiony, Zenit jest bogaty, a zagraniczni zawodnicy wciąż podpisują kontrakty.
Tylko że pieniądz w futbolu nie jest celem samym w sobie. Jest narzędziem pozwalającym uczestniczyć w konkurencji.
Arabia Saudyjska może wydać więcej na zawodników niż większość lig europejskich, ale nie oznacza to automatycznie, że Saudi Pro League ma sportowe znaczenie Premier League. Klub może mieć większy budżet od Ajaksu, a jednocześnie być dla światowego futbolu znacznie mniej istotny niż Ajax.
Z Rosją dzieje się coś podobnego. Kraj zachował sporą część finansowej siły, lecz stracił platformę, na której ta siła mogła być zamieniana na prestiż, ranking, ekspozycję i wartość zawodników.
Przed 2022 rokiem właściciel Zenitu mógł powiedzieć piłkarzowi: przyjedź do Petersburga, dobrze zarobisz i zagrasz przeciwko najlepszym w Europie. Dzisiaj może obiecać przede wszystkim pierwszą część zdania.
Gdyby Rosja wróciła jutro, skutki izolacji nie znikną jutro
W dyskusji o przyszłym powrocie rosyjskich klubów do europejskiego futbolu często pojawia się założenie, że zdjęcie zawieszenia automatycznie zakończy problem. Nie zakończy.
Ranking UEFA opiera się na kilkuletnich wynikach. Pozycja federacji przekłada się później na liczbę miejsc w europejskich pucharach oraz rundy, od których kluby rozpoczynają rywalizację. Przed laty szóste miejsce dawało Rosji luksus trzech uczestników Champions League i dwóch pewnych miejsc w głównej części turnieju.
Po latach nieobecności rosyjskie kluby musiałyby wracać z zupełnie innej pozycji. Oznacza to wcześniejsze rundy kwalifikacyjne, więcej dwumeczów, większe ryzyko szybkiego odpadnięcia i mniejszą gwarancję dużych przychodów. Potem trzeba byłoby przez kolejne sezony zbierać punkty, aby odbudować status.
Innymi słowy, sankcja sportowa nie kończy się w dniu formalnego zdjęcia sankcji. Jej skutki zostają w rankingu, w kontraktach, w wartości zawodników i w kilku rocznikach piłkarzy, którzy przez lata funkcjonowali poza systemem. Im dłużej trwa izolacja, tym dłużej będzie trwał powrót.
Ile więc Rosja naprawdę straciła?
Jeśli koniecznie chcemy zacząć od jednej liczby, najuczciwiej powiedzieć, że mówimy już o setkach milionów euro utraconych możliwości bezpośredniego zarabiania w europejskich pucharach.
Historyczne wpływy z UEFA pokazują skalę wynoszącą dziesiątki milionów euro rocznie. Cztery pełne sezony bez rosyjskich klubów pozwalają rozsądnie mówić o kilkuset milionach potencjalnych przychodów, a uwzględnienie sezonu 2026/27 przesuwa górną granicę prostego modelu w okolice pół miliarda.
Do tego należałoby dołożyć przychody meczowe, sponsoring, hospitality, bonusy w umowach komercyjnych oraz wartość międzynarodowej ekspozycji. Następnie koszt przepłacania za część zagranicznych zawodników, gorszą pozycję negocjacyjną przy ich sprzedaży, brak regularnej prezentacji własnych talentów na europejskiej scenie oraz utratę wielkich meczów reprezentacji.
A później dochodzą rzeczy, których żadna firma audytorska nie wpisze do jednej tabeli: pięć lat kariery reprezentanta bez meczu o punkty, rocznik juniorów bez normalnych mistrzostw Europy, trener bez możliwości sprawdzenia swojego systemu przeciwko najlepszym oraz kibic, którego największym międzynarodowym wydarzeniem sezonu staje się spotkanie towarzyskie.
Dlatego próba zamknięcia całej historii w zdaniu „Rosja straciła miliard euro” byłaby efektowna, lecz w gruncie rzeczy spłycałaby problem. Najważniejszą stratą rosyjskiej piłki nie są pieniądze, których nie zarobiła. Najważniejsze jest to, że pieniądze, które nadal posiada, mają znacznie mniej miejsc, w których mogą coś znaczyć.
Przez ostatnie lata rosyjski futbol udowodnił, że da się funkcjonować poza Europą. Można znaleźć sponsorów, wypełnić kalendarz, sprowadzić zawodników z Brazylii, płacić wysokie pensje i utrzymywać ligę, która z punktu widzenia krajowego widza nadal wygląda jak poważne zawodowe rozgrywki.
Nie udało się natomiast znaleźć zamiennika dla jednej, banalnej rzeczy. Porównania.
Real Madryt wie, ile jest wart, bo co roku musi zmierzyć się z najlepszymi. Legia, Lech czy Raków również wiedzą, gdzie znajdują się na europejskiej mapie, bo prędzej czy później przychodzi lato i ktoś mówi: sprawdzam. Czasem wynik jest przyjemny, czasem brutalny, ale przynajmniej istnieje odpowiedź.
Rosja od 2022 roku tej odpowiedzi nie dostaje. Może więc przekonywać, że poziom ligi rośnie. Może wydawać 243 miliony dolarów na transfery, podnosić pensje, sprowadzać kolejnych Latynosów i patrzeć na rosnące rubryki przychodów.
Tyle że futbol ma tę paskudną właściwość, że na końcu wszystkie opowieści powinno zweryfikować boisko.
Podsumowując ten artykuł: rosyjskiej piłce zabrano właśnie boisko, na którym mogłaby sprawdzić, ile naprawdę jest warta. I być może to jest rachunek większy niż wszystkie miliony UEFA razem wzięte.
Źródła: rosyjskie media, UEFA, FIFA, własne
