Pięć goli wbitych Radomiakowi wygląda efektownie, ale akurat 5:0 jest najmniej interesującą liczbą w obecnej Legii. Znacznie ciekawsze jest to, co dzieje się, gdy rozszerzymy obraz poza jedno udane spotkanie.
Marek Papszun przejął drużynę, która zimowała na 17. miejscu Ekstraklasy. Po 18 kolejkach Legia miała 19 punktów, bilans bramek 19:21 i siedem porażek. Dzisiaj jest liderem, a w 20 ligowych spotkaniach pod wodzą Papszuna przegrała… dwa razy.
Trzeba przyznać, że to już nie jest chwilowy efekt zmiany trenera.
Od strefy spadkowej do dwóch punktów na mecz
Najprostsze porównanie wygląda tak:
| Okres | Mecze | Punkty | Śr. pkt | Bramki | Porażki |
|---|---|---|---|---|---|
| Legia jesienią 2025/26 | 18 | 19 | 1,06 | 19:21 | 7 |
| Papszun – wiosna 2025/26 | 16 | 30 | 1,88 | 23:16 | 2 |
| Papszun – sezon 2026/27 | 4 | 10 | 2,50 | 10:2 | 0 |
| Papszun łącznie w lidze | 20 | 40 | 2,00 | 33:18 | 2 |
I właśnie tutaj widać największą zmianę. Papszun nie zrobił z dnia na dzień drużyny, która demoluje każdego przeciwnika. Najpierw zrobił coś znacznie bardziej przydatnego: Legia przestała regularnie przegrywać.
Przed jego przyjściem porażką kończyło się 39 procent ligowych spotkań. Za Papszuna jest to 10 procent. To ogromna różnica, szczególnie w lidze, w której mistrzostwa często nie zdobywa zespół grający najładniej, tylko ten, który w słabszy dzień zamiast zera wyciąga punkt.
Dobrym przykładem jest obecny sezon. Pogoń została pokonana 1:0 golem Zorana Arsenicia w doliczonym czasie. W Kielcach Legia nie zachwyciła, ale wywiozła remis. Dopiero później przyszło 5:0 z Radomiakiem.
Ta drużyna potrafi już wygrać źle, a chwilę później wygrać bardzo dobrze. Dla kandydata do mistrzostwa to znacznie ważniejsze niż jeden spektakularny wieczór.
Osiem ostatnich meczów: 22 punkty na 24 możliwe
Jeszcze mocniej wygląda seria, która zaczęła się pod koniec poprzedniego sezonu. Legia wygrała wszystkie cztery majowe mecze, zdobywając 12 punktów przy bilansie 8:1. Do tego dorzućmy pierwsze cztery kolejki nowych rozgrywek: trzy zwycięstwa, remis i bramki 10:2.
Łącznie daje to 22 punkty na 24 możliwe i bilans 18:3 w ośmiu ostatnich ligowych spotkaniach.
To jest już forma mistrzowska. Oczywiście nikt rozsądny nie będzie zakładał, że Legia utrzyma średnią 2,75 punktu przez cały sezon. Ważniejsze jest coś innego: dobra końcówka poprzednich rozgrywek nie zniknęła wraz z wakacjami.
Papszun dostał pełny okres przygotowawczy i zamiast zaczynać budowę od zera, dołożył kolejną warstwę.
Pressing przestał być hasłem z konferencji
Już zimą Papszun mówił, że chce, aby Legia broniła przez wysoki pressing i ciągłe naciskanie przeciwnika. Na początku wyglądało to momentami topornie. Piłkarze ruszali do pressingu, ale nie zawsze robili to jednocześnie. Jedna spóźniona reakcja otwierała przeciwnikowi środek boiska.
Teraz mechanizm jest znacznie bardziej czytelny. W spotkaniu z Radomiakiem Legia została zapisana w ustawieniu 3-1-4-2. Trzech stoperów zabezpieczało tył, Damian Szymański operował przed nimi, a Paweł Wszołek i Ruben Vinagre dawali szerokość. Dzięki temu Kapustka i Sevcik mogli funkcjonować bliżej pola karnego zamiast rozpoczynać akcje kilkadziesiąt metrów od bramki.
Efekt? Radomiak od pierwszych minut miał problem z wyprowadzeniem piłki, a Legia po 17 minutach prowadziła już 3:0.
To jest chyba największa różnica względem Legii sprzed kilku miesięcy. Drużyna zaczyna narzucać przeciwnikowi warunki, zamiast czekać, jaki mecz zaproponuje rywal.
Jest jednak lampka ostrzegawcza
Wyniki są bardzo dobre, ale liczby zaawansowane sugerują, żeby jeszcze nie otwierać szampana.
Według FootyStats Legia w pierwszych czterech kolejkach generowała około 1,92 xG na mecz, oddając średnio 18 strzałów. To bardzo przyzwoite parametry ofensywne, ale przy 10 rzeczywiście strzelonych golach oznaczają również sporą nadwyżkę skuteczności.
Jeszcze ciekawiej wygląda druga strona. Średnie xGA wynosi około 1,23, podczas gdy Legia straciła tylko dwie bramki.
W przeliczeniu na cztery kolejki wychodzi około 7,7 oczekiwanego gola dla Legii i 4,9 dla przeciwników. Rzeczywisty bilans to 10:2.
Czyli tak: Legia gra dobrze. Ale jednocześnie wynikowo wyciska z tej gry obecnie więcej, niż wynikałoby z jakości tworzonych i dopuszczanych sytuacji. Regres skuteczności prędzej czy później może przyjść.
I wtedy dopiero zobaczymy, czy mamy do czynienia z rzeczywistym kandydatem do tytułu.
Papszun zrobił jeszcze jedną rzecz, której mało kto się spodziewał
Zmianą nie jest wyłącznie taktyka. Legia została mocno odmłodzona. Latem odeszło trzynastu zawodników, a według wyliczeń Legia.Net młodzieżowcy uzbierali już 727 minut.
Najwięcej dostał Robert Deziel Jr., który praktycznie wszedł do podstawowej jedenastki. Minuty zbierali również Wojciech Urbański, Jakub Żewłakow czy Henrique Arreiol.
Co ważne, Papszun nie rozdaje ich za PESEL. Urbański trzy razy rozpoczynał ligowe spotkania w pierwszym składzie, po czym przeciwko Radomiakowi nie wszedł nawet z ławki. To nie wygląda na karanie młodego zawodnika. Bardziej na sygnał: grasz, jeśli dajesz jakość, a nie dlatego, że jesteś projektem klubu.
Podobnie robi z napastnikami. Rajović długo dostawał zaufanie, ale po sprowadzeniu Jana Kuchty hierarchia zaczyna wyglądać zupełnie inaczej.
Największa przewaga Legii może pojawić się dopiero jesienią
Lech, Jagiellonia, Raków czy Górnik żyją europejskimi pucharami. To oznacza czwartkowy mecz, podróż, regenerację i ligę po dwóch albo trzech dniach. Legia tego problemu nie ma.
W normalnych okolicznościach brak Europy przy Łazienkowskiej oznaczałby porażkę. W wyścigu o mistrzostwo może jednak stać się potężnym atutem. Papszun dostaje pełne tygodnie treningowe, może dokładniej przygotowywać zespół pod konkretnego przeciwnika i nie musi wystawiać półrezerwowego składu w niedzielę po europejskim wyjeździe.
A Papszun właśnie z takiej pracy słynie najbardziej. Dlatego po czterech kolejkach nie ma sensu ogłaszać Legii mistrzem Polski. Jest natomiast wystarczająco dużo materiału, żeby przestać traktować jej start jak przypadek.
Dwadzieścia ligowych spotkań Papszuna, tylko dwie porażki. Czterdzieści punktów. Ostatnie osiem meczów: 22 na 24 możliwe.
5:0 z Radomiakiem było efektowne. Znacznie ważniejsze jest to, że Legia od kilku miesięcy coraz rzadziej daje się pokonać. A od tego zazwyczaj zaczynają się drużyny walczące o mistrzostwo.
