Przed losowaniem fazy ligowej Ligi Europy wokół Lecha zrobiło się trochę nerwowo. Kolejorz może znaleźć się w trzecim koszyku, a wśród potencjalnych rywali przewijają się Crystal Palace, Bournemouth, Sunderland, Celta Vigo czy Hoffenheim.
Na pierwszy rzut oka brzmi groźnie. Tyle że w nowym systemie rozgrywek sam numer koszyka ma dużo mniejsze znaczenie niż kiedyś.
UEFA dzieli 36 zespołów na cztery koszyki, ale każdy klub rozgrywa po dwa mecze z drużynami z każdego z nich. Nieważne więc, czy Lech będzie w drugim, czy trzecim koszyku – i tak dostanie dwóch rywali z pierwszego, dwóch z drugiego, dwóch z trzeciego i dwóch z czwartego.
To oznacza, że potencjalny Juventus, Milan czy Bayer Leverkusen nie pojawia się na drodze Lecha dlatego, że Kolejorz spadnie do trzeciego koszyka. Z najmocniejszymi i tak trzeba będzie zagrać.
Różnica pojawia się gdzie indziej. Jeśli Lech i Jagiellonia znajdą się w tym samym koszyku, nie mogą na siebie trafić. Przy konkretnym układzie może to zwiększyć prawdopodobieństwo wylosowania któregoś z mocnych rywali z Anglii czy Hiszpanii.
To już jest realny minus, ale nie katastrofa. Zwłaszcza że po 7:0 z Thun trudno patrzeć na Ligę Europy wyłącznie przez pryzmat zagrożeń. Jeśli do Poznania przyjedzie Juventus, Milan albo klub Premier League, będzie to raczej nagroda za udane eliminacje niż powód do paniki.
Lech chciał wejść poziom wyżej. A poziom wyżej z definicji oznacza trudniejszych przeciwników.
