Jeszcze kilka lat temu Liga Narodów miała być po prostu sposobem na zabicie bezsensownych sparingów. Teraz może wyrosnąć z niej coś znacznie większego. UEFA i CONCACAF rozmawiają o stworzeniu wspólnych rozgrywek dla wszystkich 96 reprezentacji obu konfederacji. Start? Nawet w 2028 roku, po mistrzostwach Europy.
Pomysł nie polega na dorzuceniu kolejnych sześciu meczów do kalendarza, który już teraz trzeszczy. Projekt ma zastąpić obecne edycje Ligi Narodów UEFA i CONCACAF. Faza ligowa zostałaby rozegrana w istniejących oknach we wrześniu, październiku i listopadzie, później przyszłaby marcowa faza pucharowa i czerwcowy Final Four. Mecze mają być grupowane geograficznie, żeby Polska nie musiała we wtorek grać w Warszawie, a trzy dni później lecieć do Panamy.
Największy magnes jest oczywisty. Hiszpania, Francja, Anglia czy Niemcy mogłyby grać o punkty z USA, Meksykiem i Kanadą. Dla CONCACAF to jakościowy skok. Dla UEFA – wejście jeszcze głębiej na północnoamerykański rynek, gdzie po mundialu 2026 futbol zostawił po sobie ogromne pieniądze.
I tutaj dochodzimy do Polski. Biało-czerwoni zaczynają najbliższą Ligę Narodów w dywizji B. Rywalami będą Szwecja, Rumunia oraz Bośnia i Hercegowina. Zwycięzca grupy awansuje bezpośrednio do Ligi A, drugi zespół dostanie jeszcze szansę w barażu.
Na razie nikt nie potwierdził, w jaki sposób zostanie ustalony skład poszczególnych dywizji wspólnego turnieju. Ale jeśli podstawą będzie dotychczasowy system awansów i spadków – a byłoby to najbardziej naturalne rozwiązanie – walka Polski o powrót do Ligi A nagle nabiera dodatkowego znaczenia.
Bo czym innym jest wygranie grupy po dwóch meczach z Bośnią i Rumunią, a czym innym możliwość trafienia kilka miesięcy później na USA czy Meksyk w oficjalnym spotkaniu.
To nie jest tylko pomysł sportowy
Cała historia ma jeszcze drugie dno. UEFA i CONCACAF coraz mocniej stoją po jednej stronie konfliktu z Giannim Infantino. Prezydent FIFA znalazł się pod ogromną presją po planie związanym z wpuszczeniem prywatnego kapitału do biznesu opartego na prawach mundialowych. Projekt upadł, ale awantura została. UEFA, CONCACAF i AFC zaczęły otwarcie kwestionować kierunek obrany przez FIFA.
Wspólna Liga Narodów byłaby więc czymś więcej niż turniejem. Byłaby pokazem, że wielkie konfederacje potrafią stworzyć dochodowy produkt reprezentacyjny bez oglądania się na FIFA.
Co więcej, AFC miała już wyrazić zainteresowanie możliwością dołączenia w przyszłości. Gdyby kiedyś doszła do tego Azja, przestalibyśmy mówić o powiększonej Lidze Narodów. Powstałby właściwie drugi globalny system rozgrywek reprezentacyjnych obok mistrzostw świata. I dopiero wtedy zrobiłoby się naprawdę grubo.
Źródła: The Guardian, UEFA, Reuters, CONCACAF
