Są takie europejskie wieczory, po których człowiek zaczyna liczyć minuty do rewanżu. I są też takie, po których zastanawia się głównie, czy rywal w ogóle ma po co wsiadać do samolotu. Lech Poznań wygrał w Aarhus 4:1 i zrobił gigantyczny krok w stronę kolejnej rundy eliminacji Ligi Mistrzów.
Nie był to jednak spacerek od pierwszego gwizdka. Duńczycy zaczęli odważnie, Lech przez kilkanaście minut wyglądał tak, jakby najpierw chciał sprawdzić temperaturę wody, a dopiero potem do niej wejść. Tyle że gdy już wszedł, to gospodarzom zaczęło brakować gruntu pod nogami.
Najpierw Mikael Ishak huknął pod poprzeczkę po podaniu Radosława Murawskiego. Klasyka kapitana: bez zbędnego poprawiania, bez tańczenia z piłką, konkretny strzał i do widzenia. Chwilę później bramkarz AGF uznał, że najlepszym pomysłem będzie zagranie ręką poza polem karnym. Czerwona kartka, kompletny sabotaż, a przed przerwą Patrik Walemark dorzucił drugiego gola.
Wydawało się, że temat jest zamknięty. Oczywiście Lech musiał jeszcze przez moment narobić kibicom nerwów, bo bez tego polski klub w Europie chyba nie może funkcjonować. AGF strzeliło na 1:2, później było blisko wyrównania, a poznaniacy zaczęli grać tak, jakby ktoś nagle wyłączył im koncentrację.
I wtedy pojawił się Terry Yegbe. Strzał z około trzydziestu metrów, słupek, bramka. Gol z kategorii: zamknąć rywalowi mordę i wrócić do roboty. Cztery minuty później Walemark wykorzystał kolejny błąd obrony, ustalając wynik na 4:1.
Lech nie zagrał idealnie. Zagrał skutecznie, dojrzale i bez litości. W europejskich eliminacjach właśnie tego często brakowało polskim zespołom. Zamiast romantycznego cierpienia był cynizm. Zamiast tłumaczenia, że przeciwnik „postawił trudne warunki”, były cztery gole na wyjeździe.
Rewanż trzeba jeszcze rozegrać, jasne. Ale rozwalić taką przewagę byłoby już nie wypadkiem przy pracy, tylko piłkarskim przestępstwem.




