Jürgen Klopp wraca na ławkę i od razu pakuje się w robotę, przy której prowadzenie Liverpoolu wyglądało momentami jak spokojny etat w urzędzie. Został selekcjonerem Niemiec do mundialu w 2030 roku, zastępując Juliana Nagelsmanna po kompromitującym odpadnięciu z Paragwajem w 1/16 finału mistrzostw świata. Remis 1:1, porażka w karnych, kolejny turniej zakończony, zanim reprezentacja zdążyła naprawdę się rozpędzić. Dla czterokrotnych mistrzów świata to już nie wypadek przy pracy…
Klopp bierze kadrę w momencie idealnym i beznadziejnym jednocześnie. Idealnym, bo gorzej z oczekiwaniami być nie może. Beznadziejnym, bo nazwisko trenera nie rozwiąże problemów z obroną, brakiem liderów i zespołem, który od 2014 roku nie wygrał meczu fazy pucharowej mundialu.
Najciekawsze będzie jednak coś innego: czy Klopp potrafi być selekcjonerem, a nie trenerem klubowym. W Dortmundzie i Liverpoolu budował drużyny miesiącami, katował pressing, automatyzmy i reakcję po stracie. W reprezentacji dostanie kilka treningów, hotel, konferencję prasową i mecz o punkty. Nie da się w tydzień wgrać gegenpressingu jak aktualizacji systemu. Będzie musiał uprościć futbol, lepiej zarządzać energią i pogodzić się z tym, że nie każdy piłkarz będzie za nim szalał jak Jordan Henderson w najlepszych latach.
Samo wyciągnięcie go z Red Bulla też miało swój absurdalnie piłkarski urok. DFB dorzuci milion euro fundacji Wings for Life, a kadra zagra trzy spotkania w Lipsku. Nawet przejęcie selekcjonera udało się zamienić w pakiet sponsorsko-biznesowy, bo przecież czemu miałoby być normalnie.
Pomóc ma sztab złożony z Petera Krawietza, Pepa Lijndersa i Svena Bendera. Do struktur DFB wchodzi też Per Mertesacker, który ma pilnować przejścia zawodników z młodzieżówek do pierwszej reprezentacji. To akurat wygląda jak plan, a nie kolejna niemiecka narada o narodowym DNA.
Pierwszy sprawdzian przyjdzie 24 września przeciwko Holandii. Klopp ma przywrócić Niemcom agresję, bezczelność i poczucie, że przeciwnik wychodzi na boisko z lekkim bólem brzucha.
Czy mu się uda? Cholera wie. Ale przynajmniej DFB wreszcie zatrudnił człowieka, którego piłkarze naprawdę będą słuchać.
