Lech dostał od UEFA kolejny rachunek za europejskie wieczory. I nie, tym razem nie chodzi wyłącznie o przelew, który klubowa księgowość zaksięguje z miną człowieka oglądającego powtórkę karnego w 95. minucie. Na spotkanie z KÍ Klaksvík zamknięty zostanie „Kocioł”, czyli trybuna będąca zazwyczaj najgłośniejszą częścią stadionu przy Bułgarskiej.
To efekt pirotechniki odpalonej podczas rewanżu z AGF Aarhus. UEFA odwiesiła karę nałożoną wcześniej po meczu z Crveną zvezdą. Mówiąc po ludzku: Lech miał wyrok w zawiasach, ale ktoś najwyraźniej postanowił sprawdzić, czy europejska centrala naprawdę pamięta.
Finansowo również zaboli. Klub zapłaci łącznie 60 tysięcy euro: 30 tysięcy za race, po 15 tysięcy za zamknięte bramy stadionowe i opóźnienie rozpoczęcia spotkania. Za ten ostatni punkt oberwał także Niels Frederiksen. Duńczyk dostał jedno spotkanie zawieszenia oraz pięć tysięcy euro grzywny, więc mecz z Farerczykami obejrzy z miejsca innego niż ławka rezerwowych.
Najbardziej absurdalne jest jednak tło całej historii. Lech najpierw rozbił AGF na wyjeździe 4:1, po czym w Poznaniu przegrał dokładnie takim samym wynikiem i odpadł po rzutach karnych. Sportowy kac został więc poprawiony administracyjnym młotkiem. Zamiast spokojnego zejścia piętro niżej do eliminacji Ligi Europy mamy pustą trybunę, trenera poza ławką i kolejną dyskusję o tym, czy ktoś w klubie w ogóle panuje nad organizacją europejskich meczów.
Oczywiście można opowiadać, że pirotechnika buduje atmosferę. Jasne. Tylko atmosfera nie zapłaci kary, nie wypełni zamkniętego sektora i nie będzie przekazywała zawodnikom uwag taktycznych. Za efektowny obrazek ponownie płaci drużyna, a nie ludzie, którzy uznali, że regulamin UEFA jest luźną sugestią.
KÍ Klaksvík nie jest rywalem, przed którym mistrz Polski powinien chować się pod stół. Tyle że polskie kluby potrafią zrobić thriller nawet z sytuacji wyglądającej jak formalność. Mecz odbędzie się 6 sierpnia o 19:00. Bez „Kotła”, bez Frederiksena przy linii i bez miejsca na kolejne tłumaczenia.
