Legia wywiozła ze Szczecina trzy punkty, choć długo wyglądało to jak kolejny wieczór, w którym przewaga służy głównie do produkowania frustracji. Zoran Arsenić wszedł w 88. minucie, a w szóstej doliczonej zrobił to, czego przez cały mecz nie potrafił Mileta Rajović: skierował piłkę do siatki zgodnie z przepisami. Obrońca załatwił robotę napastnika. Piękna puenta, choć dla Duńczyka raczej z gatunku tych, po których człowiek zasłania twarz ręcznikiem.
Rajović miał okazje. To trzeba mu oddać, bo nie był niewidzialnym słupem wbitym w murawę. W szóstej minucie dobrze wyszedł do dośrodkowania Wszołka, później trafił po rzucie rożnym, tyle że wcześniej pomógł sobie ręką. Po przerwie zaliczył jeszcze gola ze spalonego, a w 71. minucie, gdy bramkarz Pogoni praktycznie wypadł z akcji, huknął z bliska w Szalaia. Napastnik za rekordowe jak na Ekstraklasę pieniądze powinien w takiej sytuacji spytać obrońcę, w który róg życzy sobie piłkę. Rajović zrobił z niego bramkarskiego fachowca.
Najbardziej wkurzające jest to, że ta historia nie spadła z nieba. Legia podpisała z nim czteroletni kontrakt, płacąc około trzech milionów euro, a już w poprzednim sezonie jego pudła zaczęły układać się w pełnoprawny serial. Bywały przebłyski: wiosną strzelił Pogoni dwa gole i trafił do jedenastki kolejki. Tyle że napastnika Legii nie rozlicza się z okazjonalnego olśnienia. On ma regularnie zamykać akcje, a nie urządzać casting na pudło miesiąca.
Skreślanie go po pierwszej kolejce byłoby słabe. Rajović potrafi znaleźć się tam, gdzie piłka spada. Problem zaczyna się sekundę później: decyzja, kontakt, wykończenie – wszystko potrafi się rozjechać jak stary wózek sklepowy. Marek Papszun nie musi od razu wysyłać go na trybuny, ale powinien skończyć z rozdawaniem minut za nazwisko i cenę.
