Cztery lata człowiek czeka, wyobraża sobie ten powrót, pompuje oczekiwania, a potem przyjeżdża GKS Katowice i przez pierwszy kwadrans próbuje zepsuć całą imprezę. Wisła Kraków wygrała 2:1, ale zanim zaczęła rozdawać ciosy, sama mogła dostać po głowie.
GKS wszedł w mecz bez kompleksów. Bartosz Nowak sprawdził Marcela Łubika, później swoje próby dołożyli Ilja Szkurin oraz Eman Marković. I tutaj pierwsza dobra wiadomość dla krakowian: Łubik nie wyglądał jak bramkarz przygnieciony ciężarem debiutu. Robił swoje, bez teatralnych parad i zbędnego machania rękami.
Pierwsza połowa była szarpana. Trochę walki, trochę blokowanych strzałów, sporo nerwowego sprawdzania, kto pierwszy pęknie. Frederico Duarte trafił w słupek i właśnie wtedy pojawiło się wrażenie, że gospodarze przestają jedynie uczestniczyć w meczu, a zaczynają go przejmować.
Po przerwie ruszyło. Faul na Alanie Urydze, rzut karny i Marko Božić, który nie kombinował, tylko załatwił sprawę. Chwilę później Raoul Giger wrzucił tak, jak boczny obrońca powinien wrzucać, a Jordi Sánchez zapakował piłkę głową do siatki. W kilka minut zrobiło się 2:0 i pachniało wpierdolem.
Mogło być 3:0. Sánchez ponownie trafił, stadion eksplodował, ale VAR znalazł zagranie ręką. Decyzja prawidłowa, choć dla widowiska wyjątkowo upierdliwa. Zamiast spokojnego zamknięcia meczu dostaliśmy nerwówkę, bo Szymon Bartlewicz wykorzystał zawahanie Gigera i przywrócił GKS-owi nadzieję.
Katowiczanie naciskali, lecz wyrównania nie znaleźli. Wisła dowiozła wynik, choć nie zrobiła tego w sposób elegancki. I bardzo dobrze. Beniaminek nie ma wyglądać pięknie. Ma zbierać punkty, zanim liga zacznie bezlitośnie wyciągać jego braki.
Najciekawsze? Krakowianie wygrali bez Ángela Rodado w podstawowym składzie. Skoro jego zastępca strzela, nowy bramkarz broni, a drużyna potrafi odpowiedzieć po słabszym początku, to powrót do elity nie musi być tylko sentymentalną wycieczką.
