Wojciech Szczęsny miał już siedzieć na emeryturze. Papieros, kawa, wakacje, zero odpraw taktycznych i zastanawiania się, czy napastnik pójdzie w długi czy krótki róg. Taki był plan. Tyle że potem zadzwoniła FC Barcelona i cały plan można było wyrzucić do kosza.
„Nie wiem, czy to będzie mój ostatni sezon. Niczego nie zakładam, bo myślałem już, że będę na emeryturze. Flick odegrał kluczową rolę w tym, że dalej tu jestem – powiedział Wojtek.
Dziś Szczęsny ma 36 lat, kontrakt do czerwca 2027 roku i nadal nie potrafi powiedzieć, czy nadchodzący sezon będzie jego ostatnim. I właściwie trudno się dziwić. Skoro raz zakończył karierę, a kilka tygodni później wylądował w Barcelonie, to po co miałby teraz składać kolejne uroczyste deklaracje?
Zwłaszcza że ten powrót nie okazał się żadnym marketingowym numerem.
Polak przychodził jesienią 2024 roku awaryjnie, po ciężkiej kontuzji Marca-André ter Stegena. Miał pomóc, dać doświadczenie, może chwilę pograć. Tymczasem Hansi Flick naprawdę mu zaufał, a Szczęsny szybko przestał być traktowany jak facet wyciągnięty z leżaka. W pierwszym sezonie rozegrał 30 spotkań, zachował 14 czystych kont i dołożył swoją cegłę do krajowego potrójnego sukcesu Barcelony.
Teraz uzbierał już 42 występy w barwach Barçy, a jego gablotę uzupełniają kolejne hiszpańskie trofea. Brakuje jednego. Tego najbardziej świecącego. Ligi Mistrzów.
