35 milionów euro za Santiago Castro to nie jest transfer, który można przykryć hasłem „młody, perspektywiczny, zobaczymy”. Roma wykłada konkretną kasę za 21-letniego napastnika, który w poprzednim sezonie strzelił dla Bologni 11 goli w 51 meczach. Matematyka szału nie robi. I właśnie dlatego ten ruch jest ciekawy.
Gdyby w Rzymie szukali wyłącznie człowieka od pakowania piłki do siatki, pewnie znaleźliby kogoś z grubszą rubryką „gole”. Castro kupują za sposób grania, nie za tabelkę na Transfermarkcie.
Argentyńczyk jest upierdliwy dla obrońców. Szarpie, wychodzi do podań, przepycha się, potrafi zejść niżej i nie kończy udziału w akcji w momencie, gdy piłka ucieknie mu spod nogi. Przy Gasperinim to ważne, bo jego napastnik ma być częścią całego mechanizmu, a nie figurą stojącą między stoperami i czekającą na wrzutkę.
Dlatego ruch z Artemem Dowbykiem też zaczyna mieć sens. Ukrainiec trafił do Rzymu po świetnym sezonie w Gironie, ale jego profil niekoniecznie pasował do tego, co Gasperini chce wycisnąć z ataku. Roma nie wymienia więc napastnika lepszego na gorszego. Wymienia jednego typu dziewiątki na zupełnie inny.
Castro ma przy tym jedną rzecz, za którą kluby płacą dziś chore pieniądze: wiek. Jeśli odpali, za dwa lata Roma może mieć napastnika wartego znacznie więcej niż 35 baniek. Jeśli nie odpali, nikt nie będzie pamiętał, że „dobrze wyglądał bez piłki”.
Bo przy tej kwocie w końcu trzeba będzie zacząć trafiać. I to regularnie.
