Dušan Vlahović od kilku tygodni siedzi na rynku z kartą wolnego zawodnika i miną człowieka, który spodziewał się kolejki chętnych od Londynu po Madryt. Tymczasem konkretów jest niewiele. Beşiktaş położył ofertę na stole, reszta Europy głównie zerka, liczy i czeka, aż Serb obniży wymagania. Teraz do gry może wejść Napoli, ale nie dlatego, że nagle zakochało się w jego profilu.
W Neapolu wszystko zależy od ruchów kadrowych. Jeżeli odejdą Romelu Lukaku i Lorenzo Lucca, w ataku zrobi się miejsce na napastnika z nazwiskiem, doświadczeniem w Serie A i gwarancją kilkunastu bramek. Vlahović pasuje do tego opisu niemal idealnie. Dyrektor sportowy Giovanni Manna miał już rozmawiać z otoczeniem zawodnika, a Massimiliano Allegri zna Serba lepiej niż większość trenerów na rynku. Obaj pracowali razem w Juventusie, choć nie była to historia bez zgrzytów.
Największy haczyk? Wolny transfer nie oznacza promocji. Vlahović nie kosztuje odstępnego, ale oczekuje wysokiej pensji i solidnej premii za podpis. Napoli musiałoby więc zapłacić za niego inaczej: nie Juventusowi, tylko bezpośrednio piłkarzowi i agentom. To nadal może być dobry interes, lecz wyłącznie wtedy, gdy klub nie straci głowy przy negocjacjach.
Sportowo ten ruch ma sens. Vlahović zna ligę, potrafi grać tyłem do bramki, atakować pole karne i kończyć akcje bez pięciu kontaktów z piłką. W Turynie przekroczył granicę 60 goli, a końcówkę ostatniego sezonu zakończył mocnym akcentem, trafiając między innymi z Lecce, Veroną i Torino. Problem w tym, że przez lata nie stał się napastnikiem absolutnie dominującym. Bywał odcięty, sfrustrowany i uzależniony od jakości podań.
Napoli nie potrzebuje kolejnego drogiego nazwiska do kolekcji. Potrzebuje napastnika, który od sierpnia zacznie dowozić punkty. Jeżeli Allegri wierzy, że potrafi wyciągnąć z Vlahovicia więcej niż w Juventusie, warto podjąć ryzyko. Jeśli chodzi wyłącznie o sentymentalny powrót do dawnej współpracy, Neapol może szybko dostać bardzo kosztowną lekcję.
