Anna Lewandowska nie poleciała za Robertem do Chicago i internet już wie, co to znaczy. Oczywiście

Michał
9 min czytania
Fot.: VIPHOTO/East News_omp_temp / East News

Wystarczyło, że Anna Lewandowska nie pojawiła się od razu u boku Roberta w Chicago, a zamiast tego pokazała się na koncercie Bad Bunny’ego, żeby część internetu rozpoczęła kolejne wielkie śledztwo dotyczące kondycji ich małżeństwa. Robert zaczyna nowy etap kariery, Anna bawi się w Warszawie, więc dla domorosłych ekspertów od relacji sprawa właściwie jest zamknięta. Gdyby jeszcze tego samego wieczoru zatańczyła bachatę z Hiszpanem, zapewne rano mielibyśmy już gotowy akt rozwodowy napisany w komentarzach na Instagramie.

Lewandowska od dawna ma zresztą wyjątkowy talent do uruchamiania w ludziach potrzeby kontrolowania jej życia. Kiedy towarzyszy Robertowi, pojawiają się komentarze, że bez męża nikt by się nią nie interesował. Kiedy zajmuje się własnymi sprawami, natychmiast pada pytanie, dlaczego nie wspiera męża. Gdy pokazuje rodzinę, podobno robi z niej marketing, a gdy publikuje coś bez Roberta, zaczyna się szukanie kryzysu. Przy takim zestawie zasad nawet VAR miałby problem z ustaleniem, co właściwie wolno Annie Lewandowskiej robić.

Robert w Chicago, Anna na koncercie. Skandal stulecia prawie gotowy

Największym przewinieniem Lewandowskiej w ostatnich dniach okazało się najwyraźniej to, że nie porzuciła wszystkich swoich planów w chwili, gdy Robert znalazł się w Stanach Zjednoczonych. W normalnym małżeństwie można by uznać, że dwie dorosłe osoby mają własne obowiązki, terminy i kalendarze, ale w przypadku Lewandowskich zwykła logistyka natychmiast zamienia się w materiał do analizy.

Bo skoro Robert jest w Chicago, Anna powinna być w Chicago. Najlepiej obok niego, uśmiechnięta, gotowa do zdjęcia i oczywiście bez żadnych własnych planów na ten dzień. Koncert? Podejrzane. Warszawa? Jeszcze bardziej podejrzane. Dobra zabawa bez męża? W komentarzach właściwie pachnie już zdradą.

Tymczasem można dopuścić znacznie mniej sensacyjną wersję wydarzeń: Anna Lewandowska ma swoje życie, a Robert Lewandowski nie potrzebuje, żeby żona siedziała obok niego przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, żeby wiedzieć, że go wspiera.

Nie brzmi spektakularnie, dlatego internet raczej tego nie kupi.

Bachata, czyli dowód rzeczowy numer jeden

Osobną sagą pozostaje oczywiście taneczna pasja Lewandowskiej, która dla części internautów stała się niemal ważniejsza niż wyniki Roberta na boisku. Wystarczy nagranie, na którym Anna tańczy z partnerem, a pod filmem zaczyna się rytuał: ktoś pyta, co na to Robert, ktoś inny współczuje mu „takiej żony”, a za chwilę pojawia się kolejny ekspert przekonany, że właśnie rozpoznał początki kryzysu małżeńskiego.

Szczególne emocje budzi fakt, że Lewandowska tańczy z Hiszpanami, bo najwyraźniej narodowość partnera tanecznego dodatkowo podnosi temperaturę skandalu. Gdyby ćwiczyła walca z panem Zbyszkiem z Radomia, być może internet spałby spokojniej, ale Barcelona, bachata i przystojni instruktorzy to już dla części komentujących zestaw zbyt niebezpieczny.

Problem polega na tym, że bachata naprawdę jest tańcem opartym na bliskości i dokładnie tak ma wyglądać. To nie tajna wiadomość wysyłana Robertowi przez Instagram ani przesłuchanie do nowego partnera życiowego, tylko hobby, któremu Anna poświęca czas od dłuższego czasu. Można oczywiście powiedzieć, że samemu nie czułoby się komfortowo, gdyby partner lub partnerka tańczyli w taki sposób z kimś innym, ale na tym właśnie polega drobny szczegół: granice w małżeństwie Lewandowskich ustalają Lewandowscy, a nie pan Marek z Facebooka.

W tym małżeństwie najbardziej poszkodowani są chyba komentujący

Paradoks całej historii polega na tym, że najbardziej zaniepokojeni zachowaniem Anny wydają się ludzie, którzy Roberta Lewandowskiego nigdy w życiu nie spotkali. Sam piłkarz nie zachowuje się tymczasem jak człowiek, który potrzebuje publicznej zbiórki podpisów w swojej obronie, a mimo to internet regularnie postanawia ratować go przed własną żoną.

Ania i Robert Lewandowscy

Ania i Robert w Mediolanie. Źródło: Jacopo Raule / Getty Images

Anna tańczy? Robert na pewno cierpi. Anna nie poleciała z nim? Robert na pewno jest rozczarowany. Anna wrzuci zdjęcie sama? Coś jest nie tak. Wrzuci wspólne? Kryzys próbują przykryć.

To wygodny system, ponieważ każda możliwa sytuacja potwierdza wcześniej założoną tezę. Gdyby jutro Lewandowska opublikowała zdjęcie z Robertem przy śniadaniu, zapewne część komentujących uznałaby, że „za bardzo próbują pokazać, że wszystko jest dobrze”. Brakuje już tylko analiz sposobu, w jaki trzymają filiżanki.

Problemem Anny jest chyba to, że nie chce być eleganckim dodatkiem do kariery męża

Od żon bardzo znanych sportowców przez lata oczekiwano dość konkretnego repertuaru zachowań. Powinna być na trybunach, dobrze wyglądać, wspierać, wychowywać dzieci, przeprowadzać się tam, gdzie aktualnie prowadzi kariera męża, i najlepiej nie budować przy okazji własnej pozycji na tyle mocnej, żeby zaczęła zajmować zbyt dużo miejsca.

Anna Lewandowska od dawna do tego modelu nie pasuje. Rozwinęła własne biznesy, zbudowała ogromne media społecznościowe, stworzyła własną markę i zaczęła funkcjonować w przestrzeni publicznej niezależnie od tego, czy Robert akurat strzela gole, siedzi na ławce czy podpisuje kontrakt w kolejnym klubie.

I właśnie to może drażnić bardziej niż cała bachata razem wzięta.

Bo gdyby Anna była wyłącznie „żoną Roberta”, można byłoby ją łatwo ustawić w odpowiedniej roli. Problem zaczyna się wtedy, kiedy żona znanego piłkarza mówi: mam swoje zajęcia, swoje ambicje, swoich znajomych, własny kalendarz i nie muszę pojawiać się obok męża przy każdej okazji, żeby udowadniać, że jesteśmy rodziną.

Chicago to nie weekendowy wypad do Sopotu

Do tego dochodzi jeszcze temat przeprowadzki, który w komentarzach bywa sprowadzany do niezwykle prostego argumentu: „mają pieniądze, więc w czym problem?”. Jak wiadomo, odpowiednio wysokie saldo na koncie powinno automatycznie usuwać przywiązanie do miejsca, znajomych, szkoły dzieci, codziennych nawyków i całego życia budowanego przez kilka lat.

Zmiana klubu przez Roberta może oznaczać dla całej rodziny kolejną wielką reorganizację. Dla niego jest to ruch zawodowy, wpisany w karierę piłkarza, ale dla Anny i dzieci to również decyzja dotycząca codzienności. Można być milionerką i nadal nie skakać z radości na myśl o pakowaniu domu, zmienianiu kraju i rozpoczynaniu wszystkiego od nowa.

To oczywiście mniej efektowne niż teoria, że Anna „nie chce wspierać Roberta”, ale za to znacznie bliższe temu, jak funkcjonują normalni ludzie.

Lewandowskiej naprawdę można nie lubić

I żeby było jasne: Anna Lewandowska nie jest postacią, której trzeba bezwarunkowo kibicować. Jej sposób prowadzenia Instagrama może irytować, jej medialność może męczyć, jej biznesy można oceniać krytycznie, a niektóre publikacje uznawać za przesadnie wykalkulowane. Sama od lat świadomie funkcjonuje w świecie celebryckim, więc trudno oczekiwać, że będzie wyłącznie chwalona.

Tyle że krytyka ceny batonika czy kolejnej kampanii reklamowej to jedno, a budowanie teorii o rozpadającym się małżeństwie na podstawie tańca albo nieobecności w Chicago to już zupełnie inna dyscyplina.

Zwłaszcza że Lewandowscy są razem wystarczająco długo, by prawdopodobnie zdążyć ustalić między sobą, czy Anna może iść na koncert bez pisemnej zgody męża.

Najgorsze dopiero przed nami: Anna może jeszcze dobrze się bawić

Prawdopodobnie więc bachata nie zniknie, Anna nadal będzie podróżować, spotykać się ze znajomymi i czasami pojawiać się w miejscach, w których akurat nie będzie Roberta. Internet za każdym razem będzie mógł pochylić się nad kolejnym materiałem i zastanawiać, czy przypadkiem właśnie nie wydarzyło się coś „wymownego”.

A Lewandowska zapewne zrobi wtedy to, co robi od lat: wrzuci kolejne nagranie i zajmie się swoim życiem.

Być może najbardziej irytujące jest właśnie to, że mimo kolejnych komentarzy ona nadal zachowuje się tak, jakby nie potrzebowała zgody internetu na bycie żoną Roberta Lewandowskiego po swojemu.

I chyba stąd bierze się większa część całego zamieszania.

Udostępnij ten artykuł
PrzezMichał
Założyciel i redaktor Golero.pl. Pisze o polskiej piłce, transferach, reprezentacji i ligach zagranicznych.
Brak komentarzy