Robert Lewandowski miał wyjść w podstawowym składzie Chicago Fire na mecz z New York City FC. Miał, ale nie wyszedł. Według informacji Mateusza Borka problemem nie była kontuzja, zmęczenie ani żaden taktyczny foch Gregga Berhaltera. Poszło o boisko na Yankee Stadium – krótsze, węższe i wciśnięte w stadion baseballowy tak, jakby ktoś projektował futbolowy obiekt po trzech bourbonach. Brzmi komicznie? Bo jest komiczne.
Lewandowski kilka dni wcześniej rozpoczął spotkanie z Interem Miami i zagrał 63 minuty. W Nowym Jorku usiadł na ławce, choć zdążył już odbyć więcej treningów z zespołem. Borek twierdzi, że Polak miał kłopot z odnalezieniem się na nietypowej murawie. Ostatecznie wszedł po przerwie, oddał dwa strzały, ale Chicago przegrało 1:3. Po dwóch występach „Lewy” nadal czeka na pierwszego gola w MLS.
I jasne – można z tego ulepić tanią szyderę, że wielki Lewandowski przestraszył się boiska. Tyle że sprawa jest bardziej złożona. Napastnik przez dwie dekady funkcjonował na najwyższym poziomie, gdzie każdy metr przestrzeni ma znaczenie. Na ciasnym placu szybciej doskakuje obrońca, inaczej układają się linie podań, trudniej znaleźć miejsce między stoperami.
Z drugiej strony, jeśli Chicago naprawdę zmieniło skład tuż przed meczem, bo jego największa gwiazda źle czuła wymiary murawy, to ktoś tam powinien odpowiedzieć na kilka cholernie prostych pytań. Przecież Yankee Stadium nie spadło z nieba w sobotę rano. Sztab znał obiekt, analizował rywala i wiedział, że będzie ciasno jak w autobusie po derbach.
Lewandowski trafił do Fire jako Designated Player, z kontraktem do sezonu 2027/28. Nie przyjechał więc na emerytalne zdjęcia z panoramą Chicago, tylko po to, by podnieść poziom drużyny. Na razie jego amerykański start to dwie porażki, zero goli i historia o boisku, która brzmi jak żart z szatni.
Źródło: Kanał Sportowy
