Gianni Infantino jeszcze niedawno wyglądał jak człowiek, którego w FIFA nie ruszy nawet trzęsienie ziemi. Teraz grunt pod jego nogami faktycznie zaczął się kruszyć. I kiedy zrobiło się naprawdę gorąco, na scenę wszedł Donald Trump, cały na biało, oznajmiając światu, że pozbycie się Szwajcara byłoby dla FIFA katastrofalnym błędem.
Nie chodzi przy tym o jakiś drobny konflikt przy wyborze gospodarza turnieju. Infantino próbował przepchnąć pomysł stworzenia FIFA Forward Enterprise – spółki, do której prywatni inwestorzy mieliby wejść za miliardy dolarów i dostać około 20 procent udziałów. W praktyce pod jednym dachem znalazłyby się najbardziej dochodowe kawałki futbolowego tortu: mundiale, prawa telewizyjne, sponsoring, bilety i hospitality. Federacjom kusząco machano przed nosem kwotą 20 milionów dolarów na głowę.
Problem? Spora część piłkarskiego świata powiedziała: dość tego. UEFA postawiła się ostro, bunt pojawił się również w Azji i CONCACAF, a projekt ostatecznie wylądował w koszu. Jeszcze kilka tygodni wcześniej Infantino mógł planować kolejną kadencję przy kawie. Nagle trzeba było gasić pożar.
I wtedy odzywa się Trump: „pozbycie się Infantino byłoby okropną pomyłką”.
Przyjaźń obu panów nie jest żadną tajemnicą. Infantino od dawna wyjątkowo chętnie kręci się wokół amerykańskiego prezydenta, a w grudniu 2025 roku FIFA wręczyła mu nawet swoją pierwszą Nagrodę Pokojową. Tak, FIFA ma nagrodę pokojową. Tak, dostał ją Trump. Świat piłki najwyraźniej uznał, że absurd też można profesjonalizować.
W tle pozostaje jeszcze mundial 2030. Hiszpania, Portugalia i Maroko będą jego głównymi gospodarzami, ale walka o finał robi się coraz bardziej polityczna. „The Times” informował o marokańskiej opcji forsowanej podczas kryzysu wokół Infantino.
I właśnie tutaj robi się naprawdę ciekawie. Bo w FIFA coraz trudniej powiedzieć, gdzie kończy się futbol, a zaczyna geopolityka ubrana w garnitur z logo federacji.
