Robert Lewandowski nie przyleciał do Chicago i nie zamienił z dnia na dzień przeciętnej drużyny w północnoamerykański Real Madryt. Takiej bajki tutaj nie ma. Jest za to coś ciekawszego: jego wejście do zespołu idealnie zbiegło się z momentem, w którym Fire zaczęli wyglądać jak drużyna mająca konkretny plan na ten sezon.
Chicago wygrało właśnie pięć kolejnych spotkań we wszystkich rozgrywkach. Poprzednio taką serię ten klub zanotował w 2000 roku. Ćwierć wieku czekania wystarczy, żeby zwrócić uwagę.
Pięć meczów, pięć zwycięstw
| Rywal | Rozgrywki | Wynik | Lewandowski |
|---|---|---|---|
| Charlotte FC | MLS | 2:1 | 2 gole |
| Necaxa | Leagues Cup | 2:0 | bez gola |
| Santos Laguna | Leagues Cup | 3:1 | 1 gol |
| Cruz Azul | Leagues Cup | 2:1 | bez gola |
| Portland Timbers | MLS | 2:1 | bez gola |
Bilans tej serii to 11 strzelonych i tylko cztery stracone bramki. Lewandowski zdobył trzy gole, czyli odpowiada za niespełna jedną trzecią trafień. To akurat ważne, bo pokazuje, że „efekt Lewego” nie polega na tym, że Polak strzela wszystko, a dziesięciu kolegów ogląda. Chicago zaczęło wygrywać również wtedy, gdy napastnik nie trafia.
Najbardziej spektakularne wejście zaliczył oczywiście przeciwko Charlotte. Dwa gole w domowym debiucie, zwycięstwo 2:1 i niemal 33 tysiące ludzi na Soldier Field. Był to dokładnie taki wieczór, jaki klub wyobrażał sobie przy podpisywaniu kontraktu z największym nazwiskiem w swojej historii.
Później ciężar rozłożył się na innych. Z Necaxą strzelali boczni obrońcy Jonathan Dean i Andrew Gutman. Cruz Azul został załatwiony dwoma golami Puso Dithejane. Z Portland do siatki trafili Robin Lod oraz Djé D’Avilla. Chicago nie ma więc jednego sposobu na zdobywanie bramek.
I właśnie tutaj zaczyna się ciekawsza analiza.
Lewandowski nie zbudował tej drużyny od zera
Łatwo byłoby wszystko przypisać Polakowi, tylko że Chicago wyglądało obiecująco już wcześniej. MLS zwracało uwagę, że drużyna Gregga Berhaltera znajdowała się w ligowej czołówce pod względem różnicy expected goals, a jednocześnie mieściła się w TOP 10 zarówno w ofensywnych, jak i defensywnych wskaźnikach xG. To nie jest profil zespołu, który nagle nauczył się grać w piłkę po przylocie jednego 37-latka.
Lewandowski wygląda bardziej jak ostatni brakujący element, a nie cała układanka.
Daje Chicago obecność w polu karnym, absorbuje uwagę stoperów i sprawia, że rywale nie mogą sobie pozwolić na swobodne przesuwanie całej defensywy w stronę skrzydłowych. Nawet kiedy nie strzela, samo pilnowanie takiego napastnika tworzy przestrzeń dla Loda, Zinckernagela czy zawodników wbiegających z drugiej linii.
Dobrym przykładem był mecz z Portland. Lewandowski gola nie zdobył i opuścił boisko po godzinie, a Chicago i tak wygrało 2:1. Co więcej, Fire mieli wtedy zaledwie siedem strzałów, podczas gdy Portland oddało jedenaście. Gospodarze nie musieli dominować przez 90 minut. Dwa szybkie uderzenia, prowadzenie 2:0 po czternastu minutach i później kontrolowanie tego, co zostało.
W Chicago znowu można mówić o czymś więcej
Trzy zwycięstwa w Leagues Cup dały Fire komplet dziewięciu punktów i pierwsze miejsce wśród klubów MLS, a także awans do ćwierćfinału. W lidze wygrana nad Portland wywindowała zespół na trzecie miejsce Konferencji Wschodniej z 32 punktami po 18 spotkaniach.
To spora zmiana dla organizacji, która przez dużą część ostatnich kilkunastu lat była bardziej wspomnieniem mocnego Chicago Fire niż realnym kandydatem do trofeów. Jak przypomina WP SportoweFakty, po świetnych pierwszych latach klubu przyszło 15 sezonów, w których Fire tylko trzykrotnie wchodzili do play-offów.
Na Golero pisaliśmy już o pierwszych dwóch golach Lewandowskiego w MLS oraz kolejnym trafieniu Polaka w Leagues Cup.
Dlatego określenie „efekt Lewandowskiego” nie jest całkowicie wyssane z palca, ale warto postawić sprawę uczciwie. Polak nie ciągnie Fire samotnie. Trafił do coraz lepiej poukładanej drużyny i dołożył jej coś, czego wcześniej brakowało: napastnika, którego przeciwnik musi traktować poważnie od pierwszej do ostatniej minuty.
A Chicago? Pięć zwycięstw z rzędu, najlepsza taka seria od 26 lat i miejsce w ligowej czołówce. Jeśli to miała być odbudowa, pierwszy etap wyszedł im zaskakująco dobrze.
Źródła: WP SportoweFakty, oficjalna strona Chicago Fire, MLS oraz ESPN
