Robert Lewandowski nie potrzebował wielkiego meczu, żeby zrobić to, za co Chicago Fire sprowadziło go z Europy. Polak wywalczył rzut karny, sam podszedł do piłki i dał swojej drużynie zwycięstwo 2:1 z Orlando City. Była 69. minuta, a po drugiej stronie stał Maxime Crépeau. Bez znaczenia. Gol, trzy punkty, jedziemy dalej.
Najciekawsze nie jest jednak samo trafienie Lewandowskiego. Chicago wygrało szósty kolejny mecz we wszystkich rozgrywkach. Takiej serii Fire nie zaliczyli od 1998 roku, czyli od sezonu zakończonego zdobyciem MLS Cup. Lewandowski dorzucił przy okazji trzecią bramkę w trzecim kolejnym ligowym występie.
I tutaj zaczyna się ciekawsza historia. 37-latek nie przyjechał do MLS wyłącznie sprzedawać koszulki. Chicago wygrało w Orlando mimo zaledwie sześciu strzałów przy 17 gospodarzy, przerwy spowodowanej burzą i wyrównania na początku drugiej połowy.
Lewandowski właśnie w takich spotkaniach ma robić różnicę. Chicago płaci mu jak gwieździe ligi, ale na razie dostaje coś ważniejszego niż marketing: punkty. Więcej o finansowej stronie jego transferu pisaliśmy na Golero w tekście o zarobkach i majątku Roberta Lewandowskiego.
Źródło: Chicago Fire FC – oficjalna relacja z meczu, MLS – analiza spotkania.
