Przez 85 minut wyglądało na to, że Anglia wreszcie zrobi coś po angielsku, ale tym razem w pozytywnym znaczeniu. Prowadziła 1:0, trzymała Argentynę na dystans i powoli mogła zerkać w stronę finału. No i wtedy wydarzyło się to, co w przypadku Anglików wydarza się podejrzanie często: wszystko się posypało.
Argentyna strzeliła dwa gole, wygrała 2:1 i po raz drugi z rzędu awansowała do finału mistrzostw świata. Anglicy zostali z niczym, choć pięć minut wcześniej mieli w rękach najważniejszy mecz turnieju. Klasyka gatunku. Można zmieniać trenerów, pokolenia i systemy gry, ale trauma pozostaje ta sama.
Po ostatnim gwizdku zaczęła się jednak druga część widowiska. Argentyńczycy rozwinęli na murawie baner z napisem „Las Malvinas son Argentinas”, czyli „Malwiny są argentyńskie”. Trudno było o bardziej bezpośredni komunikat. Jeszcze trudniej udawać, że to spontaniczna dekoracja wyciągnięta przez rozentuzjazmowanych piłkarzy.
FIFA analizuje raporty meczowe i zastanawia się, czy ukarać Argentynę za polityczną manifestację. Regulaminy są w tej sprawie jasne: boisko nie powinno służyć do prezentowania politycznych haseł. Tylko że doskonale wiemy, jak działa FIFA. Przepisy przepisami, ale najpierw trzeba sprawdzić, kto je złamał, na jakim etapie turnieju i czy kara przypadkiem nie narobi większego burdelu niż sam baner.
Najlepsze jest to, że Lionel Scaloni przed meczem przekonywał, iż nie chce mieszać futbolu ze sporem o Falklandy. Piękna deklaracja. Wytrzymała mniej więcej do ostatniego gwizdka.
Atmosferę wcześniej podkręciła wiceprezydent Argentyny Victoria Villarruel, która nazwała Anglików „najeźdźcami” i „piratami”. Po zwycięstwie napisała, że nie był to zwykły mecz, i dorzuciła nagranie nawiązujące do argentyńskiej armii. Brytyjski rząd odpowiedział, że mundial może nie być ich, ale Falklandy są.
Argentyna ma więc finał, Anglia kolejną narodową traumę, a FIFA problem, którego bardzo chciałaby nie mieć. Sportu od polityki ponownie nie udało się oddzielić. Szokujące. Kto mógł przewidzieć?




