Thomas Tuchel nie został zatrudniony po to, żeby Anglia dotarła do półfinału, przegrała z mocnym rywalem i wróciła do domu przy akompaniamencie opowieści o dumie, charakterze oraz bezcennym doświadczeniu. Anglicy ten repertuar znają już na pamięć. Niemiec miał zrobić krok, którego jego poprzednicy nie potrafili wykonać, czyli wygrać najważniejszy mecz turnieju, a później podnieść puchar.
Nie zrobił tego, a porażka 1:2 z Argentyną obciąża przede wszystkim jego konto. Nie dlatego, że Argentyna była słaba albo że Anglia miała obowiązek ją rozjechać. Była mistrzem świata, miała Messiego i wiedziała, jak zachować się w spotkaniu, w którym zaczyna brakować czasu. Problem polegał na tym, że Tuchel sam stworzył jej idealne warunki do odwrócenia wyniku.
Po objęciu prowadzenia Anglicy zaczęli się cofać, coraz rzadziej utrzymywali piłkę i pozwolili rywalom rozgościć się pod własnym polem karnym. Początkowo mogło to wyglądać jak próba uspokojenia spotkania, lecz po kilku minutach było już jasne, że żadnego uspokajania nie będzie. Anglia po prostu zrezygnowała z gry i uznała, że pół godziny obrony przeciwko Argentynie to rozsądny plan. Nie był.
Tuchel wcześniej korzystał z bardziej zachowawczego ustawienia, chociażby w trudnych fragmentach meczów z Meksykiem i Norwegią, ale półfinał mundialu wymaga czegoś więcej niż sięgnięcia po rozwiązanie, które akurat ostatnio zadziałało. Pragmatyzm nie polega na tym, że trener zawsze robi to samo, gdy jego drużyna prowadzi. Polega na trafnej ocenie sytuacji, a tej Niemcowi zabrakło.
Argentyna musiała się otworzyć i teoretycznie właśnie wtedy Anglia powinna czuć się najlepiej. Tuchel przez cały turniej przekonywał, że jego zespół może mieć problemy z rywalami ustawionymi głęboko, za to lepiej wygląda, gdy pojawia się przestrzeń. W środę tej przestrzeni było coraz więcej, tylko że Anglicy nie zamierzali z niej korzystać, bo byli zajęci bronieniem własnej szesnastki.
Zmiany również nie pomogły. Zamiast przywrócić drużynie kontrolę, jeszcze wyraźniej ustawiły ją w trybie przetrwania. W efekcie Messi mógł coraz częściej dostawać piłkę między liniami, a reszta Argentyńczyków nie musiała specjalnie martwić się tym, co wydarzy się za ich plecami. Anglia nie stwarzała już realnego zagrożenia, więc mistrzowie świata mogli atakować bez większego ryzyka.
Kiedy oddaje się takiemu zespołowi piłkę, teren i inicjatywę, trudno później udawać zaskoczenie, że w końcu coś pękło.
Zwalnianie Tuchela byłoby jednak zwykłą histerią
Tuchel zawalił półfinał, ale nie oznacza to, że trzeba go natychmiast pakować do samolotu. Anglia rozegrała dobry turniej, nawet jeśli jego zakończenie pozostawiło paskudny smak. Potrafiła wychodzić z trudnych sytuacji, nie rozsypywała się pod presją, a zwycięstwo nad Meksykiem na Estadio Azteca było jednym z tych meczów, po których kibic zaczyna wierzyć, że tym razem naprawdę może wydarzyć się coś wielkiego.
W tej drużynie było widać jakość i charakter. Zabrakło właściwego zarządzania momentem, w którym ważył się awans do finału. To poważny zarzut, zwłaszcza wobec trenera zatrudnionego właśnie po to, by takie momenty rozstrzygać, ale jeszcze nie wyrok.
Tuchel zna futbol na najwyższym poziomie, prowadził wielkie kluby i wygrywał Ligę Mistrzów. Powinien więc potrafić spojrzeć na ten mecz bez pieprzenia o pechu, detalach i braku skuteczności. Jego pierwsze słowa o tym, że niczego nie żałuje, można złożyć na emocje po końcowym gwizdku. Gorzej, gdyby za kilka tygodni nadal uważał, że wszystko zrobił dobrze. Wtedy byłby problem.
Euro 2028 nie może skończyć się kolejnym moralnym zwycięstwem
Przed Tuchelem pozostaje również kwestia przebudowy zespołu. Harry Kane za moment skończy 33 lata, a Anglia wciąż nie ma oczywistego następcy. Nie oznacza to, że kapitana należy od razu odstawić, ale selekcjoner musi zacząć budować wariant, który nie opiera się na założeniu, że Kane będzie zdrowy, skuteczny i niezastąpiony przez kolejne lata.
Kadra potrzebuje kilku zmian, lepszego balansu i większej liczby rozwiązań w ataku. Nie rewolucji, bo ta grupa udowodniła, że potrafi rywalizować z najlepszymi, lecz rozsądnego odświeżenia. Zbyt wiele razy Anglia wyglądała tak, jakby miała świetnych piłkarzy, ale tylko jeden konkretny sposób wykorzystania ich umiejętności.
Tuchel dostanie kolejną szansę podczas Euro 2028, w dużej części rozgrywanego na Wyspach. Presja będzie jeszcze większa, a każda jego decyzja zostanie rozłożona na części. Po tym mundialu nie powinno być inaczej.
Niemiec nie zasłużył na zwolnienie, ale skończył mu się okres ochronny. W półfinale miał pokazać, dlaczego to właśnie jego wybrano do tej roboty. Zamiast tego przypomniał, że nawet trener z wielkim nazwiskiem może w najważniejszym momencie zwyczajnie spanikować.
Teraz musi udowodnić, że potrafi się na własnym błędzie czegoś nauczyć. Bo jeśli za dwa lata Anglia znów obejmie prowadzenie, cofnie się pod własną bramkę i odpadnie po heroicznej obronie wyniku, nikt nie będzie już chciał słuchać o procesie, doświadczeniu i budowaniu drużyny.
Wtedy pozostanie tylko jedno pytanie: po co właściwie był im ten cały Tuchel?




