Karim Adeyemi został piłkarzem FC Barcelony. Niemiec podpisał kontrakt obowiązujący do 2031 roku i ponownie będzie pracował z Hansim Flickiem, który kilka lat temu dał mu zadebiutować w seniorskiej reprezentacji. Według medialnych informacji Borussia Dortmund otrzyma 22 miliony euro, a kolejne siedem może wpaść w ramach bonusów. Jak na obecny rynek – żadna finansowa rozpusta.
Nie jest to transfer, po którym kibice mają urządzać procesję wokół Camp Nou. Adeyemi nie przychodzi jako nowy Messi ani zbawca katalońskiego narodu. Przychodzi po to, żeby dać Barcelonie coś, czego nie da się wytrenować na siłowni ani wyrysować flamastrem na tablicy: szybkość.
Niemiec potrafi przekroczyć 36 km/h, atakować przestrzeń za plecami obrońców i w kilka sekund zamienić spokojną wymianę podań w pożar pod bramką rywala. Może grać na obu skrzydłach, jako napastnik, a dzięki mocnej lewej nodze nie jest wyłącznie sprinterem czekającym przy linii bocznej.
Tyle że nie ma sensu robić z niego zawodnika bez wad. W Dortmundzie bywał nierówny, miewał problemy zdrowotne i zbyt często przeplatał świetne tygodnie okresami, w których znikał z radaru. 146 występów i 36 bramek to przyzwoity dorobek, ale daleki od liczb gościa, który z miejsca ma dostać klucze do ataku Barcelony.
I właśnie dlatego ten ruch wygląda rozsądnie. Adeyemi nie musi zabierać miejsca Lamine’owi Yamalowi ani udawać klasycznej dziewiątki. Ma zwiększyć rywalizację, zmienić tempo meczu i dać Flickowi alternatywę, kiedy klepanie piłki przestanie przynosić jakikolwiek efekt.
Ma też 48 spotkań w Lidze Mistrzów. Zna wielkie stadiony, presję i europejskie granie. Teraz musi udowodnić, że Barcelona nie kupiła wyłącznie efektownego silnika, ale piłkarza, który wreszcie nauczył się regularnie korzystać z pedału gazu.
