Chicago Fire złapało serię, jakiej nie miało od 26 lat. Piąte zwycięstwo z rzędu we wszystkich rozgrywkach przyszło po 2:1 z Portland Timbers. Robert Lewandowski tym razem nie dołożył do tego ani gola, ani asysty. I trudno udawać, że był blisko dobrego występu.
Chicago ustawiło sobie mecz błyskawicznie. Robin Lod trafił w 9. minucie, pięć minut później poprawił Dje D’Avilla. Gospodarze mogli później spokojniej pilnować wyniku, choć pod koniec sami zaprosili Portland do gry. Finn Surman strzelił na 2:1 i zrobiło się nerwowo. Ostatecznie komplet został na Soldier Field. Fire jest już trzecie na Wschodzie z 32 punktami.
Lewandowski? 59 minut, 17 kontaktów z piłką, trzy strzały i tylko jeden celny. Najbardziej będzie żałował sytuacji z pierwszej połowy, kiedy dostał piłkę kilka metrów od bramki i… zwyczajnie się z nią minął. Po przerwie uderzył już znacznie lepiej, ale James Pantemis odbił futbolówkę.
Nie ma jednak potrzeby odpalać alarmu. Lewandowski niedawno trafił w Leagues Cup, a wcześniej zdobył dublet w MLS. Ważniejsza jest inna rzecz: Chicago zaczyna wygrywać również wtedy, gdy Polak nie załatwia meczu.
Dla Berhaltera to świetna wiadomość. Dla Lewandowskiego – przypomnienie, że w MLS gole też trzeba sobie wypracować.
Źródła: oficjalny raport Chicago Fire
