Krzysztof Stanowski zbudował markę bezlitosnego demaskatora, który nie boi się polityków, dziennikarzy ani medialnego establishmentu. Problem zaczyna się wtedy, gdy demaskator sam powiela zmanipulowane nagrania, fałszywe informacje i materiały wygenerowane przez AI. Jeszcze większy – gdy na krytykę odpowiada nie wyjaśnieniem, lecz wyzwiskami.
Najłatwiej byłoby napisać, że Krzysztof Stanowski jest propagandystą Prawa i Sprawiedliwości. Taka teza dobrze klikałaby się wśród jego przeciwników, ale byłaby zbyt prosta. Nie ma publicznego dowodu, że Stanowski dostaje instrukcje z Nowogrodzkiej, konsultuje swój przekaz z politykami PiS albo otrzymuje od partii pieniądze za polityczną przychylność.
Nie musi jednak tego robić. Dla PiS bardziej użyteczny od kolejnego jawnie partyjnego medium może być dziennikarz, który przedstawia się jako niezależny, zdroworozsądkowy i niepokorny, a jednocześnie regularnie ustawia spór polityczny w sposób korzystny dla prawicy. Nie przez nachalne wychwalanie Jarosława Kaczyńskiego. Przez wybór tematów, różne standardy traktowania ludzi i zamienianie odpowiedzialności za własne błędy w kolejny odcinek internetowej naparzanki.
Milion z TVP nie czyni z nikogo propagandysty. Ale rodzi pytania
Spółka związana ze Stanowskim przez ponad cztery lata sprzedawała TVP Sport program „Stan futbolu”. Według ustaleń Onetu wystawiła państwowemu nadawcy 46 faktur na łączną kwotę ponad 1,03 mln zł. Sam Stanowski dodatkowo zarabiał jako ekspert w studiu TVP. Współpraca trwała od czasów prezesury Jacka Kurskiego do 2023 roku.
Trzeba powiedzieć uczciwie: to nie jest dowód korupcji ani politycznej zależności. TVP kupowała gotowy program sportowy, a stawki wynosiły – według Stanowskiego – początkowo około 4 tys. zł, a później 6 tys. zł za odcinek. Można uznać to za normalną transakcję biznesową.
Problemem jest raczej poza moralisty. Stanowski niezwykle chętnie przedstawia innych dziennikarzy jako ludzi uwikłanych, skompromitowanych i służących władzy. Kiedy jednak pytania dotyczą jego własnej współpracy z telewizją kontrolowaną wówczas przez PiS, odpowiedzią staje się kpina, agresja i tłumaczenie, że TVP jedynie kupowała jego produkt.
To rozróżnienie jest prawdziwe, ale nie usuwa konfliktu wizerunkowego. Człowiek, który zarabiał w instytucji będącej elementem systemu medialnego PiS, powinien szczególnie spokojnie i transparentnie odpowiadać na pytania o tę relację. Nie traktować ich jak bezczelnego ataku zazdrosnych przeciwników.
Osobną sprawą była kampania społeczna „Oszust na spalonym”. Według doniesień Onetu opisujących ustalenia „Gazety Wyborczej” z budżetu kampanii NASK około 1,4 mln zł miało trafić do przedsięwzięć związanych ze Stanowskim. Ówczesny minister cyfryzacji Janusz Cieszyński przyznał, że napisał urzędnikom: „Proszę zapłacić, ile tam trzeba”, ale twierdził, że chodziło o przesunięcie pieniędzy w ramach zatwierdzonego budżetu. Stanowski nie odpowiedział wówczas na pytania redakcji, wybierając obraźliwy komentarz pod adresem autora publikacji.
Znów: publiczna kampania nie jest łapówką, a współpraca z państwem nie oznacza służenia partii. Ale unikanie konkretnych odpowiedzi i zastępowanie ich szyderstwem trudno uznać za standard, którego Stanowski wymaga od innych.
Neutralność, w której prawica czuje się jak u siebie
Stanowski może słusznie odpowiadać, że zapraszał także przedstawicieli innych ugrupowań. Już na początku działalności Kanału Zero deklarował, że Donald Tusk i Szymon Hołownia również mogliby publikować tam swoje vlogi. Później wszystkie partie otrzymały propozycję dostarczania własnych, odpowiednio oznaczonych materiałów.
Formalnie brzmi to pluralistycznie. Efekt okazał się jednak asymetryczny.
W analizie opublikowanej w sierpniu 2025 roku najwięcej partyjnych filmów dostarczyło PiS, następnie Konfederacja. Koalicja Obywatelska i Nowa Lewica nie dostarczyły żadnych. Największe zasięgi zbierały materiały Konfederacji – w tym film o migracji z Krzysztofem Bosakiem. Materiały były oznaczone jako przygotowane przez partie, ale publikowano je bez dziennikarskiej moderacji i bieżącego fact-checkingu.
Część odpowiedzialności ponoszą oczywiście partie, które z tej możliwości nie skorzystały. KO przez długi czas traktowała Kanał Zero jak wrogie terytorium i sama oddawała prawicy ogromny zasięg. Nie zmienia to faktu, że dla przeciętnego widza rezultatem nie był pluralizm, tylko dominacja głosów prawicowych.
Symboliczna była również decyzja o usunięciu osobnego fragmentu programu krytykującego Rafała Trzaskowskiego. Stanowski tłumaczył, że materiał pojawił się w niewłaściwym momencie, ponieważ „poniedziałek jest dniem Nawrockiego, a nie Trzaskowskiego”. Można to uznać za zwykłe zarządzanie tematami. Można też zobaczyć redaktora świadomie ustalającego, któremu kandydatowi danego dnia należy się cała uwaga widzów.
To właśnie w ten sposób działa współczesny wpływ medialny. Nie zawsze trzeba mówić odbiorcy, na kogo ma głosować. Wystarczy decydować, kto dostanie kilka godzin przyjaznej ekspozycji, kto zostanie tematem żartów, a kto bohaterem moralnego oskarżenia.
Demaskator, który dał się nabrać na pocięty film
Najpoważniejszym problemem Stanowskiego nie są jednak jego sympatie. Jest nim coraz wyraźniejsza różnica pomiędzy standardami wymaganymi od innych a standardami stosowanymi wobec samego siebie.
W jednym z programów Stanowski i Robert Mazurek wyśmiewali posła KO Witolda Zembaczyńskiego. Pokazali fragment sugerujący, że poseł przyznał, iż celem komisji śledczej nie jest dochodzenie do prawdy, lecz polityczne ściganie Zbigniewa Ziobry. W rzeczywistości Zembaczyński cytował Przemysława Wiplera, a początek wypowiedzi został wycięty.
Stanowski później przyznał, że wraz z Mazurkiem powielił manipulację i nadał jej zasięg. Przeprosił, ale nawet w przeprosinach nie zrezygnował z uszczypliwości wobec posła i całej komisji.
To znamienne. Gdy podobny błąd popełnia tradycyjna redakcja, Stanowski potrafi budować na nim wielogodzinną opowieść o upadku dziennikarstwa. Gdy błąd popełnia Kanał Zero, winny jest materiał na TikToku, pracownik, tempo internetu albo media, z których zaczerpnięto informację. Odpowiedzialność zawsze zostaje rozcieńczona.
Lekarz nie zarabiał 400 tysięcy miesięcznie
W marcu 2026 roku w programie „Mazurek & Stanowski” powtórzono informację, że lekarz w Sokółce zarabia 400 tys. zł miesięcznie. Było to nieprawdą. Kwota 2,4 mln zł za pół roku dotyczyła kontraktu ze spółką zabezpieczającą pracę całego oddziału i była dzielona pomiędzy 27 medyków.
Co szczególnie istotne, Medonet sprostował pierwotną informację cztery dni przed emisją programu Kanału Zero. Mimo tego fałszywy przekaz został powtórzony, pojawił się w mediach społecznościowych i przez pewien czas pozostawał w nagraniu na YouTube.
Stanowski bronił się, że program jest przeglądem doniesień medialnych, a jego autorzy nie prowadzą śledztwa w sprawie każdej omawianej informacji. Pytał również, czy ma fact-checkować wszystko, co przeczyta w mediach.
Tak. Właśnie tego oczekuje się od medium, które samo uczyniło walkę z nierzetelnością jednym z filarów swojej marki.
Nie chodzi o to, że dziennikarz nigdy nie może się pomylić. Chodzi o reakcję. Można powiedzieć: „Nie sprawdziliśmy, popełniliśmy błąd, poprawiamy materiał i zmieniamy procedury”. Można też zasugerować, że sprawdzanie informacji jest nierealistycznym wymaganiem krytyków. Stanowski zbyt często wybiera tę drugą drogę.
Fałszywe zdjęcie i prawdziwi „cymbałowie”
W sierpniu 2025 roku konto Kanału Zero opublikowało wygenerowane przez AI zdjęcie europejskich przywódców, zachęcając odbiorców do komentowania. Gdy internauci zwrócili uwagę, że obraz jest fałszywy, profil początkowo przekonywał, że redakcja od początku o tym wiedziała. Później pracownik działu social media przyznał, że to on opublikował grafikę i że nigdy nie powinna była pojawić się na koncie.
Stanowski i Mazurek uznali natomiast, że fałszerstwo było tak oczywiste, iż uwierzyć mogli w nie tylko „cymbałowie”.
To doskonały przykład działania tej marki. Najpierw medium publikuje fałszywy materiał. Następnie odpowiedzialność zostaje przesunięta na odbiorców, którzy okazali się zbyt naiwni. Widz przestaje pytać, dlaczego redakcja rozsyłała dezinformację, bo dyskusja zostaje zamieniona w konkurs na to, kto jest inteligentny, a kto jest „cymbałem”.
Wyzwisko jako kamizelka kuloodporna
Stanowski nie tylko odpiera krytykę. On często zamienia ją w widowisko, w którym krytyk ma zostać publicznie poniżony.
Dziennikarza „Rzeczpospolitej” Jacka Nizinkiewicza nazwał „durniem”. Dorotę Wysocką-Schnepf określił mianem „wiedźmy”. Innym krytykom odpowiadał wulgarnie, tłumacząc, że doskonale bawi go ich oburzenie.
To skuteczna strategia internetowa. Zamiast odpowiadać na zarzut, można ośmieszyć osobę, która go postawiła. Zamiast dyskutować o faktach, można rozpocząć plemienną bitwę. Widzowie nie analizują już pierwotnego problemu. Kibicują swojemu zawodnikowi.
W tym sensie Stanowski nie przypomina klasycznego partyjnego propagandysty. Jest raczej właścicielem medialnego stadionu, konferansjerem i najważniejszym zawodnikiem w jednej osobie. Sam ustala reguły, sam wybiera powtórki i sam decyduje, kiedy błąd jest manipulacją, a kiedy tylko zabawną pomyłką.
Czy Stanowski rzeczywiście jest człowiekiem PiS?
Odpowiedź brzmi: nie da się tego uczciwie stwierdzić. Jego prywatne poglądy nie mieszczą się łatwo w programie PiS. W rozmowach deklarował m.in. poparcie dla związków partnerskich, obowiązkowych szczepień i wyższych podatków dla wielkich korporacji. Publicysta Klubu Jagiellońskiego oceniał go raczej jako symetrystę niż ideologicznego prawicowca.
W Kanale Zero pojawiają się osoby o różnych poglądach. Stanowski potrafi krytykować ludzi prawicy. Nie ma również przedstawionego wiarygodnego dowodu, że PiS finansuje bieżącą działalność Kanału Zero lub wydaje jego właścicielowi polityczne polecenia. Sam Stanowski twierdzi, że od partii pobierana była wyłącznie symboliczna opłata techniczna za publikację oznaczonych materiałów.
Określenie „pisowski lizodup” jest więc nie tylko prymitywne. Jest również analitycznie leniwe.
Znacznie ciekawsza jest inna diagnoza: Stanowski nie służy PiS. Stanowski służy własnemu biznesowi, algorytmom i widowni, a obecnie wszystkie trzy siły często ciągną go w stronę prawicy. Taką interpretację przedstawił również Klub Jagielloński, argumentując, że Kanał Zero jest przede wszystkim nastawionym na zysk „centrum zdrowego rozsądku”, które może przesuwać się razem z nastrojami odbiorców.
Dla PiS efekt bywa jednak równie korzystny, jak gdyby Stanowski był jego jawnym sympatykiem. Politycy prawicy otrzymują dostęp do ogromnych zasięgów i publiczności nieufnej wobec tradycyjnych mediów. Ich przeciwnicy częściej występują w roli oderwanych od życia elit, nadętych moralistów albo bohaterów kolejnego prześmiewczego klipu.
Największy błąd Stanowskiego
Największym problemem Krzysztofa Stanowskiego nie jest to, że może mieć poglądy prawicowe. Dziennikarz ma prawo do poglądów. Nie jest nim również to, że zarabiał na współpracy z TVP Sport albo brał udział w państwowej kampanii społecznej.
Problem polega na tym, że sprzedaje bezkompromisowość, której nie stosuje wobec siebie.
Od innych żąda weryfikacji, pełnego kontekstu i odpowiedzialności. Sam powiela pocięte nagranie, fałszywą informację o lekarzu i obraz wygenerowany przez AI. Kiedy zostaje przyłapany, przeprasza z docinkiem, tłumaczy się formatem programu albo wyzywa krytyków.
Nie jest tubą PiS w stylu dawnej TVP Jacka Kurskiego. Jest dla prawicy czymś nowocześniejszym: medium, które mówi językiem buntu, przedstawia się jako antysystemowe, a jednocześnie potrafi utrwalać narracje wygodne dla jednej strony politycznego sporu.
I właśnie dlatego jest dla PiS znacznie cenniejszy niż kolejny posłuszny prezenter czy partyjny komentator.
