Gianni Infantino przez lata budował wizerunek człowieka, który w światowym futbolu może załatwić wszystko. Więcej turniejów, więcej meczów, więcej pieniędzy, a przy okazji zdjęcie z każdym prezydentem, monarchą i szejkiem, który akurat znajdzie chwilę. Teraz prezydent FIFA znalazł się jednak pod ścianą i – według medialnych doniesień – próbował szukać ratunku u Donalda Trumpa. Bez skutku.
Powodem całego zamieszania jest FIFA Forward Enterprise, projekt zakładający wydzielenie komercyjnej działalności federacji: praw telewizyjnych, sponsoringu, biletów i licencji. FIFA chciała pozyskać od inwestorów nawet 4,2 miliarda dolarów w zamian za mniejszościowy udział. Brzmiało jak finansowy majstersztyk, dopóki ludzie z piłki nie zorientowali się, że ktoś próbuje wystawić jej najcenniejsze aktywa na sprzedaż.
Sprzeciw był potężny. UEFA zagroziła bojkotem rozgrywek FIFA, kolejne federacje zaczęły odsuwać się od Infantino, a sam projekt ostatecznie trafił do kosza. Problem w tym, że wycofanie pomysłu nie naprawiło politycznych szkód. Infantino stracił kontrolę nad narracją, a przed wyborami w 2027 roku każdy utracony sojusz może ważyć więcej niż stadion pełen delegatów z obowiązkowym uśmiechem.
„New York Post” podał, że szef FIFA próbował dotrzeć do administracji Trumpa, między innymi pod pretekstem rozmowy o futbolu jako narzędziu amerykańskiego soft power. Miało chodzić również o kontakt z sekretarzem stanu Marco Rubio. Biały Dom nie rzucił mu jednak koła ratunkowego. FIFA odpowiedziała, że cała historia jest „czystą fikcją”, więc na dziś mamy poważny raport kontra stanowcze dementi.
W tym sporze nie chodzi już wyłącznie o jeden fatalnie sprzedany pomysł. Chodzi o sposób rządzenia: decyzje podejmowane wysoko nad głowami federacji, brak przejrzystości i przekonanie, że jeśli na stole leżą miliardy, reszta świata grzecznie ustawi się w kolejce. Tym razem kolejka zamiast klaskać zaczęła zadawać pytania.
Najciekawsze jest coś innego. Infantino przez lata przekonywał, że FIFA jest organizacją globalną, niezależną i stojącą ponad polityką. Tymczasem gdy grunt zaczął palić mu się pod nogami, pierwszym odruchem miało być szukanie wsparcia u jednego z najpotężniejszych polityków świata.
