Koniec przeciągania liny, przecieków i transferowej telenoweli. Afimico Pululu został piłkarzem Al-Hazem, dziewiątej drużyny poprzedniego sezonu Saudi Pro League. Kontrakt podpisany, zdjęcia zrobione, koszulka pokazana. Temat zamknięty. Debiut może zaliczyć już 13 sierpnia przeciwko Abha Club.
Nie ma sensu dorabiać do tego bajki o „nowym wyzwaniu sportowym”. Pululu pojechał po wielkie pieniądze i ma do tego pełne prawo. Według medialnych doniesień jego zarobki, razem z bonusami, mogą sięgnąć nawet trzech milionów euro rocznie. W Ekstraklasie takich kwot nie widuje się nawet po kilku mocnych drinkach i uruchomieniu Football Managera.
Sportowo? Można kręcić nosem. Jeszcze niedawno napastnik Jagiellonii był królem strzelców Ligi Konferencji, kończąc edycję 2024/25 z ośmioma bramkami. W Białymstoku z zawodnika, którego CV pachniało przeciętnością, zrobiono jednego z najbardziej niewygodnych napastników ligi. Silny, bezczelny w polu karnym, potrafiący przepchnąć obrońcę i zakończyć akcję bez zbędnego gadania.
Warto pamiętać, skąd zaczynał. W Greuther Fürth strzelił jednego gola w 21 spotkaniach. Do Polski przyjechał bez fanfar, bardziej jako zagadka niż gotowa gwiazda. Trzy lata później odchodzi jako piłkarz, którego brak Jagiellonia poczuje nie tylko w statystykach. Pululu dawał możliwość zagrania długiej piłki, utrzymania się pod presją i przepchnięcia meczu, gdy kombinacyjna gra zaczynała się rozłazić.
Adrian Siemieniec znalazł mu właściwe miejsce na boisku, a Pululu odpłacił golami, mistrzostwem Polski i europejskimi wieczorami, po których przestał być ciekawostką z Ekstraklasy. To jedna z najlepszych piłkarskich przemian ostatnich lat w naszej lidze.
Tyle że mocniejsze europejskie kluby najwyraźniej nie położyły na stole argumentu, który położyli Saudyjczycy. Widzew mógł oferować ambicję, pełne trybuny i ciekawy projekt, ale nie miał szans w licytacji na zera przy wypłacie.
