Robert Lewandowski miał dostać amerykański restart: wielkie nazwisko, wielkie pieniądze, wielkie wejście. Dostał za to mecz, który momentami wyglądał jak sparing rozegrany po grillu, bez rozgrzewki i z bramkarzem wybranym w losowaniu.
Chicago przegrało z Interem Miami 2:3, a Polak zszedł po 62 minutach. Bez gola, bez konkretu, z jednym zablokowanym strzałem i miną człowieka, który już zdążył zrozumieć, w co się wpakował. Statystycznie nie była to katastrofa. Piłkarsko – kompletnie anonimowy występ. Oficjalny raport Fire potwierdził wynik i debiut, a relacje pomeczowe zgodnie podkreślały, że całe widowisko ukradł Luis Suárez, autor dwóch trafień.
Największy problem Lewandowskiego nie polegał jednak na tym, że nie strzelił. Napastnik może nie trafić, może dostać za mało podań. Tyle że tutaj momentami nie było nawet widać wspólnego języka z drużyną. On pokazywał jedno, koledzy grali drugie, a całość przypominała próbę podłączenia światłowodu do radia samochodowego z 1998 roku.
Niepokoiła też mowa ciała. Rozkładanie rąk po źle rozegranej akcji znamy od lat, ale w nowym zespole taki gest działa inaczej. Zamiast budować pozycję lidera, Lewandowski już po kilku minutach wyglądał jak facet, który wszedł do kuchni, zobaczył bałagan i uznał, że do cholery, nie będzie po wszystkich sprzątał.
Do tego dochodzi otoczka. Pierwszy planowany występ został przełożony z powodu fatalnej jakości powietrza po pożarach w Kanadzie, a mecz z Vancouver przerzucono na październik. Sam debiut odbył się bez Lionela Messiego, więc z marketingowego pojedynku gigantów wyszło tyle, co zwykle z wielkich zapowiedzi: czyli nic.
Oczywiście, nie ma sensu skreślać Lewandowskiego po godzinie gry. Ma 37 lat, zmienił kontynent, ligę, rytm sezonu i otoczenie. Potrzebuje czasu. Ale Chicago potrzebuje czegoś więcej niż czasu – jakości, organizacji i planu.
Na razie wygląda to tak, jakby klub kupił fortepian, postawił go w remizie i był zdziwiony, że orkiestra strażacka nie gra Chopina.
