Włosi chcą zatrudnić Pepa Guardiolę, ale na razie wygląda to trochę tak, jakby właściciel osiedlowego baru próbował ściągnąć do kuchni Massimo Botturę. Pomysł imponujący, nazwisko robi robotę, tylko przy płaceniu rachunku zaczyna się nerwowe przeliczanie drobnych.
Według „La Gazzetta dello Sport” Guardiola oczekuje około 20 milionów euro rocznie. Włoska federacja może podobno wycisnąć z budżetu najwyżej połowę tej kwoty. Prezes FIGC Giovanni Malagò zapowiada finansowy wyjątek, lecz wyjątek wyjątkiem, a dziesięć baniek różnicy nadal nie znika od zaklęć i patriotycznych przemówień.
Paolo Maldini i Leonardo polecieli do Barcelony i przedstawili projekt Guardioli. To akurat pokazuje, że Italia nie szuka kolejnego selekcjonera do gaszenia pożaru mokrym ręcznikiem. Chce człowieka, który przebuduje cały burdel, od sposobu gry po myślenie o szkoleniu i reprezentacyjnej hierarchii.
Problem polega na tym, że Guardiola właśnie zakończył dziesięcioletnią pracę w Manchesterze City i publicznie sugerował, że potrzebuje przerwy. Po tylu sezonach nieustannego mierzenia się z Liverpoolem, Arsenalem, Realem i własną obsesją kontroli trudno mu się dziwić. Kadra oznacza mniej codziennej roboty, ale włoska reprezentacja nie jest dziś luksusowym urlopem. To projekt po trzech kolejnych nieudanych eliminacjach mundialowych, wymagający cierpliwości, odwagi i prawdopodobnie kilku cudów.
Dwadzieścia milionów brzmi więc nie tylko jak żądanie, ale również elegancki test. Guardiola sprawdza, czy Włosi naprawdę chcą rewolucji, czy jedynie dużego nazwiska. Jeśli federacja wierzy, że Pep jednym gwizdkiem naprawi lata zaniedbań, niech płaci. Jeżeli liczy, że Hiszpan zgodzi się na połowę stawki, bo kiedyś grał w Brescii i lubi włoską kawę, to powodzenia.
Na horyzoncie pozostają też Roberto Mancini i Andrea Pirlo. Pierwszy zna reprezentację i już raz dowiózł mistrzostwo Europy. Drugi wygląda bardziej jak ryzykowny symbol nowego otwarcia niż gwarancja czegokolwiek.
