Jeszcze trzy lata temu Sebastian Kowalczyk wyjeżdżał z Pogoni Szczecin do MLS. Teraz, po przeciętnej rundzie w Zagłębiu Lubin, ma zostać zawodnikiem pierwszoligowej Polonii Warszawa. To nie jest transfer, który pasuje do dawnej trajektorii jego kariery. Jest za to ruchem cholernie logicznym dla obu stron.
Kowalczyk w Houston Dynamo rozegrał 86 spotkań we wszystkich rozgrywkach, zdobył siedem bramek i dołożył trzy asysty. Liczby nie rzucają na kolana, ale też nie opisują kompletnej katastrofy. Polak grał regularnie, poznał inną kulturę futbolu, zarobił swoje i wrócił do kraju jako zawodnik, który powinien jeszcze spokojnie dawać jakość w Ekstraklasie. Problem w tym, że w Lubinie dostał dziewięć meczów, zaliczył jedną asystę i szybko wypadł z planów klubu. Zamiast odbudowy był krótki postój na stacji benzynowej.
Polonia bierze więc piłkarza poobijanego, ale nie starego ani zużytego. Kowalczyk ma 27 lat, potrafi grać między liniami, pracuje bez piłki i nie obraża się, gdy trzeba grać w pressingu. Nie jest skrzydłowym od robienia cyrku przy chorągiewce. Bardziej łączy akcje, szuka wolnej przestrzeni i podkręca tempo krótkim podaniem.
Dla niego to transfer ostatniego dzwonka, choć nie ostatniej szansy. Jeżeli będzie kręcił nosem, że jeszcze niedawno grał w Stanach, ugrzęźnie. Jeżeli potraktuje Konwiktorską jako miejsce do odzyskania rytmu, Polonia może dostać jednego z najciekawszych pomocników ligi.
A sama Polonia? Po kolejnym nieudanym ataku na awans przebudowała kadrę i ściągnęła z powrotem Piotra Stokowca. Kowalczyk wygląda jak następny element układanki, która ma wreszcie przestać być warszawską opowieścią o wielkich planach i małych efektach.
