W Beşiktaşie nudy nie przewiduje nawet najbardziej ostrożny kalendarz. Klub poinformował za pośrednictwem tureckiej platformy giełdowej KAP, że Faysal Ahmed Çağlar zrezygnował z miejsca w zarządzie. Komunikat był konkretny, opatrzony datą i wyglądał jak zamknięcie tematu. Problem w tym, że zainteresowany najwyraźniej nie dostał scenariusza.
Çağlar szybko zaprzeczył, jakoby składał jakąkolwiek rezygnację. Stwierdził, że klubowy komunikat nie odpowiada prawdzie, a swoich racji zamierza bronić na drodze prawnej. Mamy więc sytuację wyjątkową nawet jak na turecką piłkę: spółka giełdowa żegna członka zarządu, który twierdzi, że nigdzie się nie wybiera.
W tle całego zamieszania pojawia się Mohamed Salah. Çağlar kilka dni wcześniej opublikował w mediach społecznościowych wpis zawierający nazwisko Egipcjanina, czym rozpalił kibiców i zasugerował, że wielki transfer jest blisko. Tyle że negocjacje nie były zakończone, a w takich rozmowach jeden nadgorliwy post potrafi kosztować więcej niż przeciętny ligowy napastnik.
Według tureckich doniesień Salah miał otrzymać propozycję kontraktu w formule rok plus opcja przedłużenia, z pensją sięgającą około 12 milionów euro. Agent piłkarza Ramy Abbas publicznie studził jednak emocje, zaznaczając, że przyszłość zawodnika wciąż nie została przesądzona.
Prezes Serdal Adalı później przekonywał, że Egipcjanin wstępnie zaakceptował kierunek, ale rozmowy wykoleiły się po wzroście żądań jego przedstawiciela. Miała pojawić się nawet 35-procentowa prowizja, której Beşiktaş nie zamierzał płacić. To wersja klubu – agent jej nie potwierdził.
