Jeszcze w 2021 roku grali na czwartym poziomie rozgrywkowym, obracając się w świecie futbolu amatorskiego. Pięć lat później wyszli na boisko w europejskich pucharach i nie dali się ograć Gentowi. Bezbramkowy remis może nie brzmi jak materiał na film, ale w przypadku LNZ Czerkasy wynik jest najmniej interesującą częścią historii.
Ten klub nie wdrapywał się po kolejnych szczeblach przez dwie dekady. On wjechał do ukraińskiej elity bez pukania, a już w trzecim sezonie walczył o mistrzostwo z Szachtarem Donieck. Po drodze rozbił krajowego hegemona 4:1. Ostatecznie skończył jako wicemistrz, bo w decydującym momencie zaczął kolekcjonować remisy, ale trudno uznać to za kompromitację. Dwa lata wcześniej LNZ dopiero uczył się realiów najwyższej ligi.
Za projektem stoi lokalny biznes rolniczy, lecz nie jest to kolejna zabawka właściciela, który po pierwszej porażce zmienia trenera, dyrektora i połowę kadry. Klub inwestuje w bazę, akademię oraz ludzi, a jego 26-letni dyrektor Wasyl Kajuk mówi o stabilności zamiast o natychmiastowym podboju Europy. Brzmi rozsądniej niż większość zapowiedzi wygłaszanych przez działaczy z trzydziestoletnim stażem.
Jest również polski ślad. Jedną z twarzy zespołu został Mark Assinor, napastnik, który wcześniej grał w Garbarni Kraków i Hutniku. Z drugoligowych boisk trafił do drużyny ścigającej Szachtar i występującej w eliminacjach Ligi Konferencji. Dobry przykład tego, że rynek piłkarski nie zawsze potrzebuje wielkich nazwisk. Czasem wystarczy dostrzec zawodnika, zanim zrobią to inni.
Europejski debiut LNZ odbył się w Płocku, ponieważ ukraińskie kluby nadal nie mogą organizować takich spotkań u siebie. To brutalne tło całej opowieści. W klubowej akademii szkolą się dzieci przesiedlone z okupowanych terenów, pracownicy pomagają rannym żołnierzom, a mimo wojny powstaje infrastruktura i rośnie frekwencja.
LNZ nie jest romantycznym kopciuszkiem. To sprawnie zarządzany klub, który wykorzystał swoją szansę szybciej niż konkurenci zdążyli zrozumieć, że właśnie pojawił się nowy gracz.
