Miał być mecz Dynama Kijów z PAOK-iem, wyszła kolejna odsłona stadionowego konkursu pod tytułem: kto zrobi większy syf i nazwie go patriotyzmem.
W sektorze gości pojawili się kibice PAOK-u, była też ekipa Widzewa. Nikogo, kto zna kibicowskie układy, specjalnie to nie dziwi. Potem jednak ktoś uznał, że dobrym pomysłem będzie wyciągnięcie rosyjskiej flagi podczas meczu ukraińskiego klubu. W Polsce. W mieście, w którym Dynamo gra dlatego, że u siebie normalnie grać nie może.
Do tego doszły przyśpiewki o UPA i Banderze. Sam temat oczywiście nie jest zmyślony ani błahy. Wołyń nie wydarzył się w internecie, Bandera nie był bohaterem z kreskówki, a polskie pretensje wobec ukraińskiej polityki historycznej nie wzięły się z powietrza. Tylko że istnieje drobna różnica między przypominaniem o zbrodniach a machaniem symbolem państwa, które dziś zabija Ukraińców.
Ukraińscy kibice odpowiedzieli bluzgami pod adresem Rosjan, zrobiło się nerwowo, ochroniarze użyli gazu. Czyli dokładnie taki finał, jakiego należało się spodziewać. Nikt nikogo nie przekonał, nikt nie przeprowadził lekcji historii. Zostały nagrania, awantura i obrazek rosyjskiej flagi na polskim stadionie.
Najbardziej absurdalne jest to, że autorzy tej prowokacji zapewne uważają się za ludzi broniących polskiej pamięci. Tyle że polskiej pamięci nie broni się, robiąc Kremlowi darmowy materiał propagandowy. Rosja od lat marzy o wbiciu klina między Polaków i Ukraińców. Tu nie musiała robić nic. Chętni wykonali robotę sami.
PAOK wygrał 3:2 i przed rewanżem ma przewagę. O meczu za kilka dni mało kto będzie pamiętał. O fladze – niestety tak.
