Dynamo Kijów rozgrywa domowy mecz europejskich pucharów w Lublinie, bo we własnym kraju nadal nie może normalnie funkcjonować. Na trybunach pojawiają się kibice PAOK-u, a część z nich uznaje, że dobrym pomysłem będzie wywieszenie flagi Federacji Rosyjskiej. Trudno odebrać to inaczej niż jako świadomą i wyjątkowo prymitywną prowokację.
Do zdarzenia doszło 23 lipca podczas pierwszego spotkania drugiej rundy eliminacji Ligi Europy. Dynamo przegrało 2:3, ale po meczu więcej niż o błędach obrony mówi się o zachowaniu greckiego sektora. Ukraiński klub zapowiedział skierowanie sprawy do organów dyscyplinarnych UEFA. Co ważne, nawet piłkarze PAOK-u mieli prosić własnych fanów o zdjęcie rosyjskich symboli. Zawodnicy zrozumieli powagę sytuacji, część trybun najwyraźniej nie.
Nie przekonuje też argument, że „to tylko flaga” albo że „polityka nie powinna mieszać się do futbolu”. Politykę na stadion wnieśli właśnie ci, którzy ją wywiesili. Rosyjski symbol pokazany podczas meczu ukraińskiej drużyny nie jest neutralną dekoracją. To celowe uderzenie w ludzi, których miasta regularnie atakują rosyjskie rakiety i drony.
UEFA ma zresztą odpowiednie przepisy. Kluby odpowiadają za zachowanie swoich kibiców, a regulamin zabrania przekazywania za pomocą flag, przedmiotów czy gestów prowokacyjnych treści politycznych, ideologicznych albo obraźliwych. Bazowa kara finansowa za komunikat niepasujący do wydarzenia sportowego może wynosić 10 tysięcy euro, a przy kolejnych przewinieniach rośnie.
Teraz federacja dostanie prosty test. Może uznać, że nic wielkiego się nie stało, wystawić niewielki rachunek i zamknąć sprawę. Może też pokazać, że hasła o szacunku nie służą wyłącznie do produkowania ładnych reklam przed meczami.
Bo jeśli rosyjska flaga na spotkaniu Dynama jest dla kogoś niewinnym żartem, to problem nie leży już w futbolu. Problem leży w całkowitym braku przyzwoitości.
