W FC Barcelonie znów zaczyna się zabawa w odkładanie oczywistych decyzji na później. Ewa Pajor ma umowę tylko do 30 czerwca 2027 roku, a Pere Romeu już teraz naciska, żeby zarząd przestał patrzeć w sufit i usiadł do rozmów. Słusznie. W tym przypadku naprawdę nie ma czego analizować przez pół roku. Polka jest filarem drużyny, nie kandydatką do szerokiej kadry.
Pajor przyszła z Wolfsburga w 2024 roku i niemal od razu zrobiła to, po co ją sprowadzono: zaczęła ładować gole hurtowo. W pierwszym sezonie zdobyła 43 bramki w 45 meczach, została królową strzelczyń ligi hiszpańskiej z 25 trafieniami i zgarnęła kobiecą Nagrodę Gerda Müllera. Potem nie zwolniła. Jesienią 2025 roku dobiła do 51 goli w 55 występach dla Barcelony. To nie jest po prostu „udany transfer”. To jest napastniczka, która weszła do maszyny i od razu stała się jednym z jej najważniejszych trybów.
Najmocniejszy argument przyszedł jednak w sezonie 2025/26. Pajor została królową strzelczyń Ligi Mistrzyń z 11 golami, a w finale przeciwko Lyonowi zdobyła dwie bramki. Barcelona wygrała 4:0, a Polka wreszcie podniosła puchar po pięciu przegranych finałach. W najważniejszym meczu sezonu zrobiła różnicę.
Romeu mówi o spokoju zawodniczek i o tym, żeby negocjacje nie wlazły drużynie do głowy w decydującej części rozgrywek. Brzmi rozsądnie, choć sprawa jest jeszcze prostsza: nie doprowadzasz do sytuacji, w której jedna z najlepszych dziewiątek świata wchodzi w ostatnie miesiące umowy i zaczyna odbierać telefony z innych klubów. Bo wtedy robi się nerwowo, drogo i zwyczajnie głupio.
Barcelona ma na stole więcej kontraktów, ale Pajor powinna być załatwiona w pierwszej kolejności. Nie dlatego, że jest Polką. Dlatego, że daje gole, tytuły, pressing, ruch bez piłki i rzadką regularność. Takich zawodniczek nie bierze się z półki podczas wyprzedaży. A kiedy już jedną masz, to nie czekasz, aż rynek zacznie się wokół niej kręcić.
