Manchester City próbuje zatrzymać Rodriego, ale na razie odbija się od ściany. Hiszpan miał odrzucić kolejne propozycje przedłużenia kontraktu, a to oznacza, że na Etihad zaczyna robić się nerwowo. Obecna umowa pomocnika wygasa w czerwcu 2027 roku, więc klubowi powoli kończy się przestrzeń do spokojnych negocjacji.
To nie jest sytuacja, w której można wzruszyć ramionami i powiedzieć: „trudno, znajdziemy następnego”. Rodri przez lata był środkiem ciężkości Manchesteru City. Człowiekiem, który porządkował grę, zamykał kontry, podawał we właściwym tempie i sprawiał, że cała maszyneria działała bez zgrzytów. Gdy brakowało go na boisku, City często wyglądało jak luksusowy samochód z rozwaloną skrzynią biegów.
Real Madryt doskonale wie, co się dzieje. Według medialnych doniesień Królewscy naciskają na transfer, a sam zawodnik nie zamyka drzwi przed powrotem do Hiszpanii. W obiegu pojawiają się kwoty od 60 do 80 milionów euro. Dużo jak na trzydziestolatka z rokiem kontraktu, ale mówimy o zdobywcy Złotej Piłki z 2024 roku i piłkarzu, który dał City zwycięskiego gola w finale Ligi Mistrzów przeciwko Interowi.
Jest jednak haczyk. Rodri ma za sobą poważne problemy zdrowotne, a najnowsze informacje mówią również o urazie pleców i możliwej operacji. Real nie kupowałby więc zawodnika bez ryzyka. Kupowałby jednak coś, czego nie da się łatwo znaleźć na rynku: gotowego dowódcę środka pola, odpornego na pressing i sprawdzonego w meczach, w których pozostałym zaczynają drżeć nogi.
Dla City sprawa jest brutalnie prosta. Albo przekonają Rodriego do podpisania nowej umowy, albo tego lata sprzedadzą go na własnych warunkach. Trzecia droga oznacza wejście w ostatni rok kontraktu i obserwowanie, jak Real z każdym miesiącem zyskuje przewagę.
To jeszcze nie koniec sagi. To dopiero moment, w którym zaczyna się prawdziwe przeciąganie liny.
