Jadon Sancho miał wrócić tam, gdzie jeszcze niedawno wyglądał jak piłkarz stworzony do wielkich rzeczy. Borussia Dortmund, żółta ściana, znajome miasto, mniej toksycznego hałasu niż w Manchesterze. Tyle że do gry wszedł Al-Rayyan i cały romantyczny scenariusz może zaraz trafić do kosza.
Katarczycy mają oferować Anglikowi kontrakt, którego Borussia zwyczajnie nie przebije. Sancho jest wolnym zawodnikiem po wygaśnięciu umowy z Manchesterem United, więc Al-Rayyan nie musi płacić ani euro odstępnego. Dortmund też mógłby wziąć go za darmo, ale podobno stawia twardy warunek: maksymalnie około pięciu milionów euro rocznie. Dla zawodnika przyzwyczajonego do angielskich kominów płacowych to nie obniżka, tylko finansowy zjazd windą bez hamulców.
I tu zaczyna się cała zabawa. Sancho może wybrać pieniądze i święty spokój albo spróbować jeszcze raz udowodnić, że nie jest skończonym projektem. Bo przecież w Dortmundzie nie był żadnym instagramowym magikiem od kompilacji. W pierwszym okresie uzbierał 50 goli i 64 asysty w 137 meczach, a w sezonie 2020/21 dobił do 34 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej. To były liczby gościa, za którego Manchester United bez mrugnięcia wyłożył około 85 milionów euro.
Problem w tym, że od tamtej pory jego kariera przypomina jazdę po mokrym rondzie. Manchester go przemielił, wypożyczenia do Chelsea i Aston Villi nie odbudowały dawnego błysku, a nawet udany powrót do BVB w 2024 roku – zakończony finałem Ligi Mistrzów – nie przyniósł transferu definitywnego. Dortmund pamięta talent, ale pamięta też rachunki.
Wyjazd do Kataru byłby wyborem pieniędzy, nie piłki. I jasne, każdy ma prawo zabezpieczyć rodzinę. Tylko że Sancho ma 26 lat, nie 36. Jeżeli teraz odpuści Europę, później może już nie być czego ratować.
Dortmund daje mu ostatnią sensowną deskę ratunku. Al-Rayyan daje worek pieniędzy. Teraz zobaczymy, czy Sancho chce jeszcze być piłkarzem z dużej sceny, czy tylko dobrze opłacanym wspomnieniem.
