Lech nie zachwycił. Lech zrobił coś znacznie ważniejszego: przestał się nad sobą użalać. Po kompromitującym rewanżu z Aarhus, przegranym 1:4 i zakończonym odpadnięciem po rzutach karnych, poznaniacy mogli przyjechać do Krakowa z głowami ciężkimi jak beton. Zamiast tego wygrali 2:1 i przynajmniej na chwilę uciszyli własny pożar.
Mecz z Wieczystą nie był żadnym koncertem. To raczej robota wykonana w hali produkcyjnej: trochę hałasu, sporo niedokładności, ale na końcu towar zjechał z taśmy. Yannick Agnero i Allahyar Sayyadmanesh trafili z dystansu, Lech przed przerwą zbudował przewagę, a potem zaczął igrać z losem. Czyli klasyka. Masz rywala na widelcu, możesz zamknąć spotkanie, a zamiast tego zostawiasz mu uchylone drzwi i liczysz, że nie wpadnie przez nie z buta.
Okazji zresztą nie brakowało. Tobias Christensen sprawdził wytrzymałość poprzeczki, Sayyadmanesh zrobił to samo po drugiej stronie, później Robert Gumny obił słupek. Wynik mógł odjechać w każdą stronę, ale skuteczność obu ekip momentami przypominała próbę wbicia gwoździa bananem.
Lucas Piazon zdobył bramkę kontaktową, Wieczysta poczuła krew, lecz na poczuciu się skończyło. Krakowianie znów przegrali 1:2 – wcześniej takim samym wynikiem polegli z Radomiakiem. Dwa mecze, zero punktów, żadnej tragedii, ale też żadnej taryfy ulgowej. Ekstraklasa nie interesuje się tym, ile pieniędzy wpompowano w projekt ani jak efektownie wyglądała droga z piątego poziomu na salony. Tutaj za nazwiska nie dostaje się nawet pół punktu.
Wieczysta ma jakość, żeby się utrzymać, lecz na razie wygląda jak zespół, który wciąż sprawdza, czy garnitur uszyty na niższe ligi pasuje do ekstraklasowego stołu. Gospodarze potrafili zagrozić, ale między „mogliśmy” a „zdobyliśmy” leży, do cholery, cała tabela.
Lech natomiast kupił sobie oddech. Nie rozgrzeszenie, nie reset po europejskim kabarecie – tylko oddech. Mistrz Polski nadal ma problemy, szczególnie z dobijaniem przeciwnika, lecz po takim tygodniu trzy punkty smakują lepiej niż najpiękniejsza porażka. Futbol bywa brutalnie prosty: czasem nie trzeba grać wielkiego meczu. Trzeba przestać pieprzyć i wygrać.
Wieczysta Kraków – Lech Poznań 1:2 (0:2)
