Są mecze słabe. Są mecze fatalne. A potem jest to, co Lech Poznań odstawił z AGF Aarhus.
Po wygranej 4:1 w Danii rewanż miał być formalnością. Nie spacerkiem, nie treningiem, ale do cholery – jeśli mistrz Polski przywozi z wyjazdu trzy bramki przewagi, to powinien umieć dowieźć ją u siebie bez urządzania kibicom seansu z gatunku „katastrofa na własne życzenie”. Tymczasem Lech dał się doprowadzić do wyniku 1:4.
Zaczęło się od Roberta Gumnego, który przy pierwszym golu zachował się tak, jakby rozgrywał sparing w Opalenicy. Niedokładne, nonszalanckie zagranie, przechwyt AGF i Tobias Bech zapakował na 0:1. Jeszcze bez paniki. Problem w tym, że poznaniacy zamiast odzyskać kontrolę, zaczęli konsekwentnie dolewać benzyny do pożaru.
Po przerwie ręka Gumnego dała Duńczykom karnego, którego wykorzystał Kristian Arnstad. Chwilę później Frederik Tingager po rzucie rożnym zrobił 0:3. Trzy gole przewagi z pierwszego spotkania? Wyparowały. W siedemdziesiąt pięć minut.
I tu naprawdę trudno szukać eleganckich określeń. To była piłkarska kompromitacja. Nie dlatego, że AGF jest zespołem złożonym z kelnerów. Nie jest. Ale jeżeli chcesz grać w Lidze Mistrzów, nie możesz przy Bułgarskiej wyglądać tak, jakby przeciwnik właśnie poinformował cię, że w futbolu wolno pressować.
Lech miał momenty, miał strzały, bramkarz Mads Hedenstad też swoje wybronił. Tylko co z tego? Filip Jagiełło trafił dopiero w dogrywce, korzystając z zamieszania po interwencji bramkarza.
Najbardziej wkurzające jest właśnie to: Lech sam zbudował sobie autostradę do kolejnej rundy, po czym zaczął rozkręcać asfalt własnymi rękami.
Można przegrać mecz. Jasne. Ale roztrwonić u siebie trzybramkową zaliczkę po 4:1 na wyjeździe? To już trzeba naprawdę umieć.
