Lech ostatnio wyglądał, jakby ktoś mu wreszcie odblokował wszystkie opcje w ataku. Trzy gole Górnikowi, cztery Aarhus, szybka gra, ruch, trochę fantazji. Wydawało się, że Cracovia może w Poznaniu dostać po uszach. No i nie dostała.
Przyjechała, ustawiła się ciasno, schowała wolne sektory i przez większość meczu patrzyła, jak Lech krąży z piłką od lewej do prawej. Ładnie, spokojnie, kompletnie bez szkody dla gości. Kolejorz miał przewagę, ale nie miał pomysłu, co z nią zrobić.
Najlepsza sytuacja? Strzał Bengtssona z dystansu, interwencja Madejskiego i niecelna dobitka Ishaka. Później próbował Murawski, też bez efektu. Poza tym dużo grania przed polem karnym i dośrodkowań, z których nie wynikało absolutnie nic. Piłka leciała, obrońca wybijał, wszyscy wracali na miejsca. I od nowa. Można było dostać cholery.
Cracovia żadnej rewolucji nie wymyśliła. Cofnęła się, pilnowała środka, odcięła Ishaka i czekała. Taki plan nie wygląda efektownie, ale kogo to obchodzi, skoro działa? Lech miał wyglądać jak mistrz Polski, a wyglądał jak drużyna próbująca otworzyć puszkę nożem do masła.
Była jeszcze sytuacja z Mateuszem Lisem. Najpierw czerwona kartka, później VAR, cofnięcie decyzji. Dużo zamieszania, mało konsekwencji. Zresztą nawet gdy bramkarz Lecha został na boisku, pod koniec sam musiał ratować wynik po strzale Henrikssona. I to jest chyba najbardziej wkurzające: gospodarze męczyli się przez cały wieczór, a ostatecznie mogli jeszcze ten mecz przegrać.
Remis nie rozwala Lechowi sezonu. Bez przesady. Ale pokazuje problem, który będzie wracał. W lidze nikt nie ma obowiązku grać z mistrzem otwartej piłki. Rywale będą stawiali autobus, kopali po kostkach, zabijali tempo i wywozili punkty.
A Lech musi znaleźć coś więcej niż wrzutkę, kolejną wrzutkę i minę człowieka, który nie rozumie, dlaczego to znowu nie zadziałało.
