Beşiktaş zrobił w Czechach dokładnie to, czego oczekuje się od drużyny z większym nazwiskiem, większym budżetem i większymi ambicjami. Wygrał 1:0, przetrwał końcówkę w dziesiątkę i przywiózł do Stambułu wynik, który przed rewanżem ustawia go w bardzo wygodnej pozycji.
Normalny europejski wieczór. No, prawie. Bo kiedy piłkarze próbowali dowieźć zwycięstwo, część kibiców Beşiktaşu najwyraźniej uznała, że samo oglądanie futbolu to za mało. Na sektorze gości zrobiło się gorąco i nie chodziło o doping. Turcy zaczęli tłuc się między sobą.
Trudno o lepsze podsumowanie absurdu. Twoja drużyna gra na wyjeździe. Prowadzi. Jest osłabiona po czerwonej kartce. Za chwilę zgarnie ważne zwycięstwo w europejskich pucharach. Co robisz? Wspierasz zespół? Śpiewasz? Patrzysz na boisko? Nie. Ruszasz na gościa stojącego trzy krzesełka dalej.
Piłkarsko Beşiktaş też długo nie dawał powodów do zachwytu. Kassoum Ouattara w 71. minucie obejrzał drugą żółtą kartkę, przez co faworyt musiał radzić sobie w osłabieniu. I właśnie wtedy pokazał coś, czego kibicom na trybunach ewidentnie zabrakło: trochę chłodnej głowy.
Dziewięć minut później Semih Kılıçsoy strzelił gola na 1:0. Młody napastnik wszedł z ławki i załatwił Beşiktaşowi wynik, który w dwumeczu może mieć ogromne znaczenie.
Beşiktaş od lat ma publikę, która potrafi stworzyć atmosferę robiącą wrażenie nawet na ludziach, którzy widzieli już w futbolu wszystko. Stambuł nie potrzebuje specjalnej reklamy pod tym względem. Tym bardziej żałośnie wygląda sytuacja, kiedy zamiast wspólnego dopingu dostajemy amatorskie MMA we własnym sektorze.
