Dla kibica sprawa wygląda banalnie: mniej płacenia, więcej sportu w otwartej telewizji. Trudno się na to obrażać. Tyle że dla Polsatu ta historia ma drugą stronę, bo stacja niedawno wyłożyła pieniądze na prawa, których ekskluzywność właśnie stała się znacznie mniej ekskluzywna.
Komisja Europejska zaakceptowała przygotowaną przez KRRiT nową listę wydarzeń o szczególnym znaczeniu społecznym. Po wejściu odpowiedniego rozporządzenia w otwartym paśmie mają znaleźć się między innymi mecze polskich klubów w Lidze Konferencji od 1/16 finału oraz półfinały i finały turniejów wielkoszlemowych, jeśli zagrają w nich Polacy.
I tutaj zaczyna się zgrzyt. Polsat w kwietniu ogłosił zdobycie wyłącznych praw do Ligi Europy i Ligi Konferencji na sezony 2027/28–2030/31. Firma sama podkreślała wtedy, że ogromną wartością pakietu jest gwarantowany udział polskich klubów w tych rozgrywkach. Teraz część tego produktu trzeba będzie pokazać tak, żeby widz nie musiał kupować dodatkowego sportowego pakietu.
Pretensje Polsatu da się więc zrozumieć. Prawa sportowe wycenia się według konkretnych warunków biznesowych, a zmiana zasad po podpisaniu umowy przypomina lekkie przesunięcie bramki już po wykonaniu rzutu karnego. Rzecznik stacji Tomasz Matwiejczuk przekonuje, że w dłuższej perspektywie takie regulacje mogą zniechęcić nadawców do drogich zakupów.
Tyle że argument o tym, że kiedyś przez podobne przepisy „nikt nie kupi praw”, brzmi już trochę jak straszenie pustą lodówką. Ustawa nie mówi przecież, że właściciel ma oddać transmisję za darmo. Przewiduje również możliwość umowy z nadawcą posiadającym ogólnokrajowy, bezpłatnie dostępny kanał.
Dla widza bilans jest prosty: na razie wygrywa. Dla telewizji zaczyna się natomiast liczenie, ile naprawdę jest dziś warta sportowa „wyłączność”, skoro regulator może później odkroić z niej najbardziej atrakcyjne mecze.
