Robert Lewandowski miał przed sobą ofertę, po której większość piłkarzy zgubiłaby długopis z wrażenia. Dwa lata, 100 milionów euro za sezon. Saudyjczycy nie proponowali mu kontraktu, tylko finansowe ustawienie kilku następnych pokoleń. A jednak odmówił.
Pini Zahavi przekonuje, że w styczniu 2026 roku wszystko było gotowe. Lewandowski wolał zostać w Barcelonie, bo nadal widział dla siebie miejsce na dużej scenie. Trudno go za to winić. W Katalonii grał o trofea, w Arabii grałby głównie o to, żeby przelew przyszedł na czas. Tyle że kiedy Barcelona zamknęła drzwi, tamtej oferty już nie było.
I tu zaczyna się właściwa historia. Nie o tym, że Lewandowski wybrał Chicago zamiast Rijadu. Najpierw wybrał Barcelonę, a dopiero później musiał sprawdzić, co jeszcze zostało na stole.
Zahavi dzwonił po Europie. Porto chciało Polaka podobno bardzo mocno, lecz sam zawodnik nie był przekonany. Pojawiły się też Milan i Juventus, ale oba kluby szybko zderzyły się z finansami. Wielkie herby, pełne gabloty, piękne wspomnienia – tylko Lewandowski kosztował więcej, niż były gotowe zapłacić.
Agent tłumaczy, że Saudyjczycy zmienili podejście do transferów i przestali rzucać pieniędzmi tak bezmyślnie jak wcześniej. Można mu wierzyć albo uznać, że próbuje ratować własny tyłek po tym, jak jego klient wylądował w MLS. Zahavi nie wyczarował drugiej oferty na 200 milionów, choć lubi opowiadać, że zna tam każdego ważnego człowieka.
Lewandowski trafił więc do Chicago Fire. Po dwóch spotkaniach nadal czekał na pierwszego gola, a wokół transferu zdążyło pojawić się więcej pytań niż zachwytów.
