Cezary Kulesza mówi, że spekulacje dotyczące zwolnienia Jana Urbana są nieuzasadnione. Można więc oficjalnie odłożyć szampana przygotowanego na kolejną zmianę selekcjonera. Urban zostaje. Przynajmniej na razie. Bo w wypowiedzi prezesa PZPN ważniejsze od całej deklaracji poparcia jest jedno zdanie: ostatecznie każdego trenera rozliczają wyniki. Czyli klasyczne piłkarskie „ufamy ci”, tylko z pistoletem leżącym na stole.
I trudno się Kuleszy dziwić. To on po przegranym 2:3 barażu ze Szwecją praktycznie od razu zdecydował, że Urban będzie pracował dalej. Wycofanie się z tej decyzji kilka miesięcy później wyglądałoby jak przyznanie: panowie, jednak wtedy trochę nas poniosło. Prezes woli więc trzymać obrany kurs i liczyć, że jesienią kadra wreszcie zacznie dawać konkrety.
Problem w tym, że ostatnie miesiące żadnego wielkiego optymizmu nie sprzedają. Mundial odjechał, Ukraina ograła Polskę 2:0, z Nigerią skończyło się 2:2. To nie jest jeszcze sportowa katastrofa, po której trzeba wywozić selekcjonera na taczkach, ale też nie ma tu czego pudrować. Reprezentacja Urbana potrzebuje wyniku, a nie kolejnych opowieści, że coś wyglądało nieźle przez 25 minut.
Jesień będzie więc dla Urbana czymś znacznie poważniejszym niż kolejnym etapem budowania drużyny. Polska trafiła w Lidze Narodów na Bośnię i Hercegowinę, Rumunię oraz Szwecję. Szczególnie ten ostatni rywal aż prosi się o dopisanie odpowiedniej narracji. To właśnie Szwedzi zamknęli nam drogę na mundial, więc trudno będzie sprzedawać ewentualną kolejną wpadkę jako element procesu.
Kulesza dzisiaj Urbana broni i słusznie nie robi nerwowych ruchów pod wpływem medialnych przecieków. Ale selekcjoner powinien doskonale wiedzieć, jak działa ten biznes.
