Lech jeszcze musi domknąć robotę z Aarhus, ale po 4:1 na wyjeździe bardziej wypada rozmawiać o kolejnym rywalu niż zastanawiać się, czy poznaniacy nagle postanowią zrobić sobie krzywdę na własne życzenie. W trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów czeka Sabah FC.
Nazwa nie rzuca na kolana. I bardzo dobrze, bo na tym etapie nikt w Poznaniu nie potrzebuje kolejnej opowieści o „trudnym terenie”, „specyficznym przeciwniku” i innych tekstach używanych wtedy, gdy polski klub jedzie gdzieś na wschód i zaczyna sam siebie przekonywać, że remis 0:0 byłby właściwie sukcesem.
Sabah swoje jednak zrobił. Najpierw wyrzucił The New Saints, potem przeszedł KuPS, nie tracąc z Finami gola. To nie są wyniki, po których należy bić brawo na stojąco, ale też nie ma sensu udawać, że Azerowie znaleźli się tutaj przez pomyłkę.
Najciekawszy smaczek? Tymoteusz Puchacz. Były piłkarz Lecha dziś gra właśnie w Sabah i pewnie ostatnią rzeczą, na jaką będzie miał ochotę przy Bułgarskiej, jest sentymentalna wycieczka po starych kątach. Zna stadion, zna klimat, zna polską piłkę. Jak dostanie miejsce na lewej stronie, chętnie przypomni, że nadal potrafi zrobić trochę dymu.

W azerskiej drużynie gra… Tymoteusz Puchacz. Zdjęcie: FotoPyk
Do tego dochodzi Valdas Dambrauskas. Facet dobrze zna futbol w tej części Europy i raczej nie wystawi zespołu po to, żeby przez 90 minut podziwiał mistrza Polski. Sabah będzie przeszkadzał, zwalniał, szukał stałych fragmentów i momentów, w których Lech sam zacznie komplikować sobie życie.
Ale właśnie tutaj dochodzimy do sedna. Lech powinien ten dwumecz wygrać. Nie dlatego, że Sabah to ogórki. Dlatego, że Kolejorz ma lepszą kadrę, większe możliwości i – przynajmniej na papierze – więcej argumentów praktycznie w każdej formacji.
