Wisła Kraków nie zamierza robić transferów dla samego ruchu w Excelu. Jarosław Królewski dał jasno do zrozumienia, że letnie okno jest w zasadzie zamknięte. Wyjątek? Ktoś, kto od razu podniesie poziom i nie rozwali układu, który po powrocie do Ekstraklasy wygląda całkiem sensownie.
To ciekawe, bo jeszcze wcześniej z Reymonta płynęła zapowiedź sześciu-siedmiu nowych zawodników. Na dziś skończyło się na czterech: Marcelu Łubiku, Maxensie Maisonneuve’ie, Elie Youanie i Jérémy’m Guillemenocie. Największa dziura nadal jest dość oczywista – klasyczna „szóstka”.
Jocelyn Janneh był blisko Krakowa, ale Wisła nie chciała wykładać 200-300 tysięcy euro. I trudno mieć pretensje za samo nieprzepłacanie. Problem zacznie się wtedy, gdy środek pola będzie regularnie przegrywał mecze, a na ławce nie będzie odpowiedzi.
Na razie bilans beniaminka jest prosty: dwa zwycięstwa u siebie, dwie porażki na wyjazdach. Po udanym powrocie do Ekstraklasy przyszła też wygrana z Wisłą Płock, ale ostatnio Górnik Zabrze wygrał 2:1.
Królewski wybiera więc cierpliwość zamiast panicznego polowania na nazwisko. To rozsądna strategia, ale nie darmowa. Wisła bierze na siebie ryzyko, że brak jednego konkretnego pomocnika wyjdzie w najgorszym momencie. Jeśli tak się stanie, nikt nie będzie pamiętał, że rynek był naprawdę drogi. Będzie tylko pytanie: skoro brakowało „szóstki”, to dlaczego jej nie kupiono?
Źródło główne: WP SportoweFakty, Tomasz Galiński
