Erling Haaland na stadionie GKS-u Katowice brzmi trochę jak pomysł rzucony o drugiej w nocy po sześciu piwach. A jednak przy Bukowej najwyraźniej uznali, że skoro życie raz na jakiś czas rozdaje dziwne karty, to warto chociaż sprawdzić, czy da się nimi zagrać.
Sławomir Witek, prezes GKS-u, przyznał, że klub chciałby kiedyś zobaczyć Norwega w Katowicach. Oczywiście nie chodzi o transfer, bo budżet GKS-u i pensja Haalanda funkcjonują mniej więcej w dwóch różnych galaktykach. Cała operacja miałaby charakter czysto towarzyski i marketingowy.
Kluczem jest Eman Marković. Norweg trafił do GKS-u w 2025 roku i szybko okazało się, że nie jest żadnym egzotycznym wynalazkiem do kolekcji. W sezonie 2025/26 uzbierał dla katowiczan dziewięć bramek w 29 spotkaniach, a przy okazji przypomniał wszystkim o swoim ciekawym kontakcie w telefonie.
Marković zna Haalanda od lat. Grali razem w młodzieżowych reprezentacjach Norwegii, a kiedy GKS ogłosił jego transfer, gwiazdor Manchesteru City zainteresował się sprawą w mediach społecznościowych. Niby pierdoła, ale jeśli piłkarz tego kalibru zauważa transfer do Ekstraklasy, to klub dostał reklamę, której normalnie nie byłby w stanie kupić.

Źródło: Instagram Haaland/futbolnews.pl
I właśnie dlatego pomysł wizyty Haalanda w Katowicach wcale nie jest tak głupi, jak wygląda na pierwszy rzut oka.
Mówimy przecież o gościu, który wpakował 16 goli w ośmiu meczach eliminacji mundialu, prowadząc Norwegię na mistrzostwa świata po 28 latach przerwy. Jego zwykła obecność na meczu GKS-u zrobiłaby klubowi większy zasięg niż miesiące kampanii marketingowych.
Czy przyjedzie? Cholera wie. Ale jeśli Marković kiedyś napisze do kumpla: „Erling, wpadaj na Śląsk”, to GKS powinien już mieć przygotowany bilet, lożę i człowieka stojącego pod lotniskiem. Z chlebem i solą.
