Lech Poznań miał w środę spokojnie wylądować na Wyspach Owczych, przespać noc i przygotować się do rewanżu z KÍ Klaksvík. Pogoda uznała jednak, że mistrz Polski dostanie mały survival przed europejskim pucharem.
Środowy lot został odwołany przez mgłę nad lotniskiem Vágar. Kolejorz spróbował ponownie w czwartek i wystartował z Poznania dopiero po godzinie 9. Na miejscu miał znaleźć się przed 11. Problem? Pierwszy gwizdek zaplanowano na 19:30.
Czyli żadnego normalnego treningu na miejscu, żadnego spokojnego wejścia w rytm. Lot, hotel, posiłek, odprawa i właściwie można zakładać getry.
Lech ma przynajmniej zaliczkę. W Poznaniu wygrał 1:0 po późnym golu Yannicka Agnero. Na papierze nadal pozostaje zdecydowanym faworytem, a jego dalsza droga w eliminacjach wygląda całkiem przyzwoicie.
Ale właśnie takie mecze potrafią być zdradliwe. Sztuczna murawa, specyficzny rywal, pogoda, a teraz jeszcze podróż sklejana niemal na ostatnią chwilę.
Lech powinien przejść Klaksvík. Tyle że UEFA nie przyznaje awansu za „powinien”.
Po całym zamieszaniu poznaniacy mają jedno zadanie: nie dorobić do problemów logistycznych problemu sportowego.
Źródło: Lech Poznań
