Tymoteusz Puchacz znów puka do drzwi reprezentacji Polski. Tym razem jednak nie robi tego nazwiskiem, przeszłością ani sentymentem. Robi to regularną grą i liczbami. Czy Jan Urban powinien otworzyć? Tak. Ale powołanie Puchacza nie oznacza, że nagle znaleźliśmy rozwiązanie wszystkich problemów na lewej stronie. Oznacza tylko – i aż – że zawodnik będący w formie zasłużył na ponowny test.
W polskiej piłce mamy przedziwną skłonność do rozstrzygania wszystkiego skrajnościami. Piłkarz albo jest „za słaby na reprezentację”, albo po dwóch dobrych miesiącach powinien w niej grać od pierwszej minuty. Albo liga azerska jest piłkarskim końcem świata, albo po kilku udanych meczach jej mistrz okazuje się prawie europejskim średniakiem.
W przypadku Tymoteusza Puchacza warto spróbować czegoś znacznie trudniejszego. Ocenić go takim, jakim jest dzisiaj. A dzisiaj jest zawodnikiem, którego Jan Urban powinien powołać.
Najpierw liczby
Poprzedni sezon Puchacza w Sabah trudno zbyć wzruszeniem ramion. 33 mecze, dwa gole i 12 asyst, mistrzostwo Azerbejdżanu oraz krajowy puchar. Można oczywiście odpowiedzieć: „Ale to tylko Azerbejdżan”. I będzie w tym sporo racji.
W pięcioletnim rankingu federacji UEFA kończącym sezon 2025/26 Polska zajmowała 12. miejsce, Azerbejdżan 27. To istotna różnica i nikt rozsądny nie będzie porównywał tygodniowego poziomu rywalizacji Puchacza z tym, z czym Nicola Zalewski mierzy się w Serie A.
Tyle że od lipca Puchacz przestał dostarczać argumentów wyłącznie w lidze azerskiej.
Sabah rozpoczęło eliminacje Ligi Mistrzów od pierwszej rundy. Najpierw wyrzuciło The New Saints, później KuPS, następnie Aarhus – czyli zespół, który chwilę wcześniej wyeliminował Lecha Poznań. W pierwszym spotkaniu fazy play-off mistrz Azerbejdżanu przegrał z Hapoelem Beer Szewa 1:2.
Puchacz w tych eliminacjach zdążył już zanotować cztery asysty. Czwartą dołożył właśnie przeciwko Hapoelowi, dośrodkowując do Veljko Simicia przy golu na 1:0. To już nie jest argument: „dobrze wygląda na tle Kapazu”.
To jest argument: od ponad roku regularnie gra, produkuje liczby, zdobył dwa trofea, a latem potwierdził formę w siedmiu kolejnych spotkaniach kwalifikacji europejskich pucharów.
I właśnie tego przez dużą część zagranicznej kariery Puchaczowi brakowało najbardziej: ciągłości.

Kadra nie jest nagrodą za prestiż ligi
Tu dochodzimy do podstawowego nieporozumienia. Powołanie do reprezentacji nie jest nominacją do Złotej Piłki. Selekcjoner nie wybiera 25 najlepszych piłkarzy według wartości na Transfermarkcie ani nie układa kadry na podstawie rankingu lig.
Buduje zespół i potrzebuje różnych profili. A profil Puchacza jest w Polsce nadal dość deficytowy.
Lewonożny. Dynamiczny. Gotowy przez 90 minut pracować wzdłuż całej flanki. Naturalnie szukający dośrodkowania. Mogący wystąpić jako wahadłowy, ale – co istotne – w Sabah grający również jako klasyczny lewy obrońca w czwórce. Przeciwko Aarhus mistrz Azerbejdżanu wychodził w ustawieniu 4-2-3-1 właśnie z Puchaczem na lewej stronie defensywy.
To istotne, bo przez lata najłatwiejszym zarzutem wobec niego było stwierdzenie: „wahadłowy, ale nie obrońca”. Dzisiaj warto przynajmniej sprawdzić, czy ten opis nadal jest aktualny.
Sam Puchacz kilka miesięcy temu sugerował zresztą, że reprezentacja mogłaby spróbować gry czwórką obrońców, aby wyżej wykorzystać takich piłkarzy jak Nicola Zalewski, Jakub Kamiński, Michał Skóraś czy Oskar Pietuszewski.
Łatwo się z tego uśmiechnąć, bo zawodnik proponował system, w którym sam miałby większą szansę na grę. Tylko że piłkarsko ten pomysł nie jest pozbawiony sensu.
Puchacz nie zamiast Zalewskiego
I w tym miejscu trzeba postawić granicę. Powrót Puchacza do reprezentacji nie powinien rozpoczynać absurdalnej dyskusji pod tytułem „Puchacz czy Zalewski?”. Dzisiaj odpowiedź brzmi: Zalewski.
24-latek Atalanty zakończył poprzedni sezon Serie A z 33 występami, dwoma golami i czterema asystami. Jest ograny na zdecydowanie wyższym poziomie i w reprezentacji pozostaje jednym z najbardziej nieprzewidywalnych zawodników ofensywnych. W czerwcu przeciwko Nigerii to właśnie on asystował przy bramce Kacpra Potulskiego.
Ale dokładnie dlatego Puchacz może się tej reprezentacji przydać. Nie po to, żeby zabrać Zalewskiemu koszulkę. Po to, żeby Urban miał wybór.
Może wystawić Zalewskiego na wahadle. Może przesunąć go wyżej, a za jego plecami ustawić naturalnego lewego obrońcę. Może w meczu, w którym Polska będzie musiała długo atakować ustawionego nisko przeciwnika, wpuścić zawodnika nastawionego na szerokość, obiegnięcia i dośrodkowania. Może wreszcie zwyczajnie dać Zalewskiemu konkurenta.
Dobra reprezentacja nie składa się przecież z jedenastu piłkarzy, dla których nie ma alternatywy.
Jest też druga strona tej historii
Żeby nie stworzyć kolejnej narodowej legendy po dwóch miesiącach dobrych wyników: Puchacz nadal nie jest piłkarzem bez wad.
Dane SofaScore przytaczane w styczniu przez Kanał Sportowy dobrze pokazywały charakter jego gry. Kreował około 1,7 sytuacji na mecz, notował 1,7 udanego dryblingu przy 71-procentowej skuteczności, odzyskiwał średnio 7,7 piłki, a aż 42 procent jego dośrodkowań było celnych. Brzmi bardzo dobrze.
W tej samej analizie znajdowała się jednak również liczba 1,9 – tyle razy na mecz rywale mijali Puchacza.
I to jest właśnie powód, dla którego rozmowa powinna dotyczyć powołania, a nie natychmiastowego miejsca w podstawowej jedenastce.
Na poziomie reprezentacyjnym jedno spóźnienie, źle zamknięta przestrzeń czy przegrany pojedynek po własnej stracie potrafią ważyć więcej niż pięć dobrych dośrodkowań.
Puchacz musi udowodnić Urbanowi, że ofensywnych konkretów nie kupuje kosztem stabilności całego zespołu. Najlepszym miejscem do zweryfikowania tego nie jest jednak telewizyjne studio. Jest nim zgrupowanie reprezentacji.
Co jeszcze ma zrobić?
Puchacz ma 27 lat. Nie mówimy o 19-latku, którego trzeba powołać „na przyszłość”. Selekcja powinna opierać się na tym, co może dać drużynie teraz.
I tu pojawia się pytanie do przeciwników jego powrotu: co właściwie musiałby jeszcze zrobić? Gra regularnie? Tak. Ma liczby? Tak. Zdobył trofea? Tak. Przeniósł dobrą formę na europejskie eliminacje? Tak. Występuje na pozycji, na której Polska nie posiada pięciu równorzędnych kandydatów? Tak. Ma doświadczenie reprezentacyjne? Piętnaście występów.
Ostatni raz w biało-czerwonych barwach pojawił się w listopadzie 2024 roku przeciwko Szkocji. Od tego czasu jego sytuacja klubowa zmieniła się właściwie o 180 stopni. Z człowieka szukającego miejsca stał się podstawowym zawodnikiem mistrza kraju i jednym z najbardziej produktywnych bocznych obrońców zespołu walczącego o Ligę Mistrzów.
Jeżeli mimo tego nie wystarcza to nawet do ponownego sprawdzenia, można odnieść wrażenie, że decyzja w jego sprawie została podjęta raz na zawsze. A reprezentacja nie powinna działać w ten sposób.
Wrzesień jest właśnie od takich decyzji
Polska nie pojechała na mundial. Jesienią zaczyna kolejną Ligę Narodów, tym razem w dywizji B. 25 września zagra z Bośnią i Hercegowiną, trzy dni później ze Szwecją, a następnie dwukrotnie w krótkim odstępie czekają ją spotkania z Rumunią i ponownie Bośnią.
To nie jest moment, w którym należy kurczowo trzymać się raz wybranych nazwisk, a raczej moment na budowanie drużyny przed następnym cyklem.
Mateusz Borek kilka dni temu mówił, że chciałby zobaczyć w reprezentacji dwóch lewonożnych kandydatów na tę stronę – Michała Gurgula i Puchacza. Trudno się z samą ideą nie zgodzić. Nie trzeba przecież wiedzieć przed powołaniem, który z nich okaże się lepszy. Od tego jest trening, rywalizacja i mecz.
Być może po tygodniu Urban uzna, że Puchacz nie daje mu niczego więcej niż zawodnicy, których już posiada. W porządku. Ale najpierw powinien dostać możliwość udowodnienia tego na boisku.
Tak. Powołałbym go
Nie dlatego, że Puchacz został nagle wybitnym obrońcą. Nie dlatego, że zdobył mistrzostwo Azerbejdżanu. I nawet nie dlatego, że ma cztery asysty w eliminacjach Ligi Mistrzów.
Powołałbym go dlatego, że wszystkie te rzeczy wydarzyły się jednocześnie, a reprezentacja Polski wciąż nie cierpi na nadmiar naturalnych lewych obrońców.
Puchacz nie zasłużył jeszcze na status pewniaka. Zasłużył natomiast na coś znacznie bardziej przyziemnego.
Na to, żeby Jan Urban ponownie wpisał jego nazwisko na listę i sprawdził, czy piłkarz, który odbudował się w Baku, potrafi przenieść tę odbudowę do reprezentacji.
Bo jeżeli forma klubowa ma być podstawowym kryterium selekcji, to w przypadku Tymoteusza Puchacza przyszedł moment, w którym trzeba być konsekwentnym.

Co myślicie?