Lech wchodzi do Europy bez rozgrzewki z półamatorami i wyniku 7:0 do odhaczenia. AGF Aarhus to jeden z najmocniejszych rywali, jakich można było dostać w drugiej rundzie, ale też przeciwnik, którego absolutnie nie wypada malować jako skandynawskiego potwora. Duńczycy zdobyli mistrzostwo po 40 latach, skończyli ligę z bilansem 19-10-3 i bramkami 62:32.
Pierwszy paradoks: mecz „w Aarhus” odbędzie się w Randers. Stadion AGF jest przebudowywany, więc gospodarze wynajęli obiekt ligowego sąsiada. Wszystkie dostępne miejsca – około dziewięciu tysięcy – zostały sprzedane. Będzie ciasno, głośno i mało romantycznie. Czyli dokładnie tak, jak wyglądają lipcowe eliminacje, gdy jeden głupi stały fragment może kosztować klub kilka milionów euro.

Stadion w Randers, gdzie odbędzie się mecz Aarhus – Lech Poznań.
Lech ma jednak przewagę rytmu meczowego. Wygrał z Górnikiem Zabrze 3:1 w Superpucharze, pokazał niezłą intensywność i przede wszystkim dostał pierwszy poważny test. Dla AGF będzie to inauguracja sezonu o stawkę. Sparingi sparingami, ale dopiero w Europie człowiek odkrywa, że pressing ćwiczony przy grillu nie zawsze działa pod presją wyniku.
Ciekawy jest też wątek Mikaela Ishaka. Kapitan Lecha grał w Randers, zdobył dla tego klubu 34 bramki w 78 występach i zna ten stadion lepiej niż część gospodarzy. Nie znaczy to, że automatycznie trafi do siatki, ale w meczu, w którym pół drużyny może zacząć z zaciągniętym hamulcem, taki detal ma znaczenie.
Bukmacherzy lekko faworyzują AGF: kurs na gospodarzy kręci się wokół 2.15, na remis około 3.10, a na Lecha około 3.50. To wygląda rozsądnie, bo Duńczycy są mocni u siebie, ale rynek chyba trochę zbyt łatwo kupuje narrację o przewadze gospodarza.
Mój typ: Lech nie przegra i poniżej 3,5 gola. Frederiksen nie musi wygrać tego meczu w Danii. Ma wrócić do Poznania z dwumeczem nadal w rękach. Remis 1:1? Bez fajerwerków, ale w tych eliminacjach fajerwerki są dla naiwnych. Awans robi się cierpliwością.
Transmisja meczu już dziś o godzinie 19.00 w TVP Sport.




