No i stało się. A właściwie: miało się stać od dawna, tylko francuska federacja musiała jeszcze odegrać cały teatr z oczekiwaniem na koniec mundialu. Według Fabrizio Romano Zinedine Zidane podpisał długoterminowy kontrakt i zastąpi Didiera Deschampsa jako selekcjoner reprezentacji Francji. Ustne porozumienie miało funkcjonować od listopada 2025 roku, więc rozmowy z klubami były raczej biciem głową w zamknięte drzwi.
Deschamps żegna się po czternastu latach i robi to w sposób kompletnie niepasujący do skali jego kadencji. Ostatnim aktem był szalony, przegrany 4:6 mecz o trzecie miejsce z Anglią. Francuzi pojechali na mundial po złoto, skończyli poza podium, a selekcjoner schodzi ze sceny po spotkaniu, które bardziej przypominało wakacyjny sparing niż poważne pożegnanie mistrza świata.
Nie zmienia to bilansu. Mistrzostwo świata w 2018 roku, finał w 2022, triumf w Lidze Narodów – Deschamps zbudował reprezentację skuteczną, nawet gdy jej futbol bywał ciężki jak poniedziałkowy poranek. Można było marudzić na zachowawczość, niewykorzystywanie pełnego potencjału czy kolejne personalne wojny, ale wyników nikt mu nie odbierze. Prowadził Francję od 2012 roku i zostawia następcę z kadrą napakowaną talentem.
A Zidane? To nie jest romantyczna nominacja dla zasłużonej legendy. Gość wygrał z Realem Madryt trzy Ligi Mistrzów z rzędu, potrafił zarządzać szatnią pełną gwiazd i nie pękał, gdy wszystko wokół płonęło. Od odejścia z Madrytu w 2021 roku czekał na właściwe stanowisko. Trudno było nie zauważyć, że celował właśnie w tę robotę.
Nie dostaje drużyny do odbudowy po spaleniu ziemi. Dostaje gotową maszynę, która czasem sama sobie wkłada kij w szprychy. Presja będzie natychmiastowa: żadnego „projektu na kilka lat”. Przy takim materiale oczekuje się trofeów od pierwszego turnieju.
Zidane musi sprawić, by zespół Mbappé, Olise, Camavingi, Tchouaméniego i reszty przestał wyglądać jak zbiór kapitalnych nazwisk ustawionych obok siebie.
Zizou wraca. I trudno wyobrazić sobie bardziej naturalne zakończenie tej wieloletniej sagi.




